Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Banner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Banner. Pokaż wszystkie posty

1 stycznia 2015


PODSTAWOWE INFORMACJE
STATUS: aktywny  •  ID: A 7120957  •  GŁÓWNY PROJEKT: the Avengers
ALIAS: the Hulk  •  IMIONA: Robert Bruce  •  NAZWISKO: Banner
MIEJSCE URODZENIA: Dalton, Ohio  •  DATA URODZENIA: 21 stycznia 1970
AKTUALNE MIEJSCE ZAMIESZKANIA: Brooklyn, Nowy Jork, stan Nowy Jork
RODZINA: brak żyjących członków rodziny  •  STAN CYWILNY: rozwodnik
NARODOWOŚĆ: amerykańska  •  OBYWATELSTWO: amerykańskie
TOŻSAMOŚĆ: jawna  •  FAŁSZYWE TOŻSAMOŚCI: tymczasowo brak
EDUKACJA: Caltech  •  STOPIEŃ NAUKOWY: doktor (fizyka jądrowa)
AKTUALNY PRACODAWCA: S.H.I.E.L.D., Stark Industries
PŁEĆ: M  •  KOLOR OCZU: brązowe  •  KOLOR WŁOSÓW: brązowe
WZROST: 5'9"  •  WAGA: 180lbs  •  ZNAKI SZCZEGÓLNE: brak


EWALUACJA  •  1-7
INTELIGENCJA:  6  |  1    SIŁA:  2  |  7
SZYBKOŚĆ:  2  |  5    WYTRZYMAŁOŚĆ:  2  |  7
PROJEKCJA ENERGII:  1  |  5    UMIEJĘTNOŚCI WALKI:  3  |  6


Aby uzyskać dostęp do pełnej wersji, zaloguj się lub zarejestruj.
I nie licz na to, że informacje o broni nuklearnej leżą w jakimś archiwum.
Nawet listy wpierdolów spuszczonych przez Hulka tam nie ma.

S.H.I.E.L.D.
BANNER
BRUCE
LEVEL 5
range
PROJEKT AVENGERS
pseudonym
THE HULK
CARD ID A 7120957



przepraszam, zaspałem ● feelings suck i wish i was a bagel ● selektywnie towarzyski ● wyglądasz jak tydzień mody w Lidlu ● bad hair day ● last night i got asked out by not one, not two, but zero people ● problemy pierwszego świata ● nie polecam na Ziemi ● superbohater też człowiek ● i don't want to live on this planet anymore ● lokalny Einstein ● oprócz marzeń warto mieć papierosy ● wątpliwe życiowe decyzje ● i’ve moved to the Land of Denial. i’ll send you postcards ● pierdol, pierdol, ja posłucham ● Hulk will smash for you, girl ● najwyraźniej ateista ● znowu pół miasta widziało cię bez majtek ● jesteś szalony, mówię ci ● był zen, a potem chuj bombki strzelił ● bardzo dziwne sny ● Ciocia Dobra Rada ● prywatne archiwum ● zielony humor ● miłość, akceptacja, tolerancja! ● i can’t hang out tomorrow i’m too busy doing nothing alone sorry ● foodgasm ● miłości nie ma, jest matematyka ● flappy bird ● me as a coffee: depresso ● PLOT TWIST ● po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy ● tak ● what a day!!!!!!!! nothing happened and i was tired ● przede wszystkim nauka ● occupation: ugly friend


27 sierpnia 2013

Na Zachodzie (niemal) bez zmian.


___________________________________________________________________________

PHIL COULSON & BRUCE BANNER
P R O U D L Y   P R E S E N T
___________________________________________________________________________


"Poszukiwanie
to wszystko w co wyposażono nas"
na chwilę obecną się zgadza


Bruce Banner w laboratoryjnym fartuchu siedział na laboratoryjnym krześle przy laboratoryjnym stole i oglądał ścianę. Fartuch był tu czymś w rodzaju peleryny superbohatera, która powiewała dla efektu i nie służyła do niczego. Prawa fizyki mówiły jasno, że peleryna nie była potrzebna, a niedogodności jej użytkowania przewyższały aspekty praktyczne. Oprócz efektu liczył się również element sentymentalny i to właśnie tutaj celował Bruce Banner, kiedy po przyjściu do laboratorium zakładał swój fartuch, którego nie lubił, ale skojarzenie z pracą wystarczyło. Gdyby potrzebował kombinezonu chroniącego przed promieniowaniem, zapewne siedziałby właśnie na podłodze i produkował interesujące efekty dźwiękowe podczas oddychania przez aparat tlenowy o zamkniętym obiegu. Tylko wtedy metafora o pelerynie byłaby zbyt subtelna i trzeba by się odwoływać do tak porażających spraw jak majtki noszone na spodniach lub hełm ze skrzydłami.
Od kiedy Fury zablokował członkom Avengers wszystko, co tylko można było zablokować (wyłączając z tego dostęp do magazynu materiałów biurowych, który mieścił się w wyjątkowo nie-pancernej szafce, oraz dostęp do służbowych toalet), Bruce Banner właśnie w ten sposób spędzał długie godziny, kiedy siedzenie w Avengers Mansion przekraczało wszystkie znane rodzajowi ludzkiemu granice nieznośności. Po prostu przychodził do laboratorium (bo tu, o dziwo, pozwalano mu wejść – chyba tylko po to, żeby mógł sobie porysować tymi ołówkami, do których miał nieograniczony dostęp), zakładał ten przeklęty fartuch i udawał zaskoczenie, kiedy próba logowania do systemu kończyła się komunikatem o braku uprawnień i blokadzie. Gdyby wierzył w swoją inscenizację i stawiał na nogi cały szwadron Tarczowych informatyków, mógłby zostać słusznie uznany za człowieka, który postradał zmysły. Było kiepsko, skoro zaczynał się powoli zastanawiać, czy to nie byłoby zdecydowanie lepsze rozwiązanie.
Oszaleć i zacząć uznawać biel sufitu za fascynującą. Ba – widzieć na niej fascynujące rzeczy. Genialne.

Wielu osobom wydawało się, że Bruce Banner je lubił, a wniosek ten wyciągały one zapewne z braku jawnej niechęci, którą w superbohaterskich realiach okazywano sobie wyjątkowo ochoczo, kiedy tylko nadarzała się taka okazja. Rozmówcą również był podobno niezłym, pewnie z uwagi na wykorzystywanie dziesięciu procent limitu na ilość wypowiadanych słów i umiejętność utrzymania neutralnego wyrazu twarzy przez dostatecznie długi czas. Regularnie obiecywał sobie, że w końcu zacznie zniechęcać do siebie ludzi i regularnie nic z tego nie wychodziło, więc pełnił w drużynie Mścicieli rolę studni bez dna i spowiednika, na raz.
Keith Remsen dołączył do wspomnianej wcześniej grupy niedawno, ale za to realizował obowiązki jej członka wyjątkowo sumiennie, a Banner miał za każdym razem wrażenie, że Nightmask nie próbuje wcale się z nim zaprzyjaźniać, ale grzebie w jego głowie i kończy rozmowę, kiedy zdobędzie interesujące go informacje. Na Remsena z założenia patrzyło się podejrzliwie – chęć rozniesienia na atomy drużyny, której później stało się członkiem, nie mogła przysparzać sympatii. Właśnie dlatego Banner był łatwym celem, a działania Keitha można było uznać za pozbawione szczególnie mrocznej motywacji. To nie zmieniało faktu, że jego pojawienie się nie było powodem do radości.
Spójrzmy prawdzie w oczy – w obecnej sytuacji jedynie seks pod wpływem jakiejkolwiek substancji otumaniającej umysł mógł być powodem do radości.
Banner odwrócił się gwałtownie, kiedy automatyczne drzwi za jego plecami otworzyły się, a sekundę później zza winkla wyłonił się Keith Remsen we własnej osobie. Tym razem jednak nie rozsiadł się na którymkolwiek z wolnych krzeseł i nie zaczął tłumaczyć, jakim cudem był w stanie tu wejść.
- Rogers podobno chce z tobą porozmawiać po powrocie z Avengers Tower. Podobno o tym, co znalazł w bazie danych projektu.
- Jak Rogers mógł cokolwiek znaleźć, skoro wszyscy mamy zablokowany dostęp nawet do magazynu robotów sprzątających? – zapytał Banner, nie przypominając sobie na czas, że nie ma poczucia humoru.
- Fury kazał przywrócić pierwotne uprawnienia.
Kiedy Banner wyrywał się do sprawienia Remsenowi prawdziwego gradobicia pytań (z ‘Dlaczego ty wiesz o tym przede mną?!’ na czele), Keith odwrócił się na pięcie i zniknął za rogiem. Ułamek sekundy później odpowiedź ułożyła się sama i była doskonale widoczna na tle jednego wielkiego niezrozumienia. Brzmiała - Zastanów się, Banner, od kiedy Fury mówi ci o czymkolwiek?
Doceniany przez pułkownika czy niedoceniany, Bruce mógł w końcu sprawdzić to, co nie dawało mu spokoju od momentu rozpoczęcia tego cyrku.

* * *

Od dobrych trzech tygodni Phila Coulsona regularnie trafiał szlag. I to nie taki mały „szlag” jaki trafia kierowców stojących w korku, ani nawet nie taki, który dopada ludzi, gdy wychodzą z domu w środku nocy, bo mają ochotę na ulubione ciasteczka, a w jedynym otwartym sklepie w promieniu miliona kilometrów nie ma akurat ich ulubionego smaku. Phila Coulsona trafiał szlag, który normalnych ludzi z pewnością wbiłby już w ziemię trzy razy, a potem podniósł i uderzył nimi o ścianę. Głównie dlatego od dwudziestu jeden dni chodził podminowany niczym rasowa nastolatka, i gotów był wybuchnąć przy agencyjnym automacie z kawą. Od kiedy zaczęła się cała akcja z klonami i od kiedy Nick Fury postanowił zapaść się pod ziemię, Coulson każdego dnia coraz bardziej czuł jak grunt osuwa mu się spod nóg. Nie mógł jednak narzekać, w końcu zawsze mogło być gorzej, prawda? Pułkownik mógł od razu przywiązać go za ręce przed siedzibą Tarczy i wystawić na pożarcie dziennikarskim hienom. Na szczęście wykazał się wspaniałomyślnością i pozwolił mu w spokoju pracować w Agencji, dając mu do dyspozycji okrągłe zero jakichkolwiek informacji. W normalnych warunkach poprosiłby Czarną Wdowę i Bartona o rozeznanie się w terenie, ale nie mógł bo gdzieś w mieście grasowały ich klony, a Fury najwyraźniej uznał że dwie te same postacie w jednym miejscu to za dużo. Fury odciął go od najlepszych agentów, pozostawiając go z ludźmi, z których większość nie miała dostępu do połowy ważnych danych w Tarczy.
Dzięki temu Phil Coulson od dwudziestu jeden dni siedział w Agencji i starał się nie zwariować, co było naprawdę trudne, biorąc pod uwagę fakt, że żył na kawie, palonych ukradkiem papierosach i niezliczonej ilości pączkach z nadzieniem.
Przecież zawsze mogło być gorzej.
W trakcie dwudziestej pierwszej nocy spędzanej w gabinecie, obiecał sobie, że nie zwariuje. Nie mógł przecież tego zrobić, bo wtedy Avengers Mansion zostałaby zmieciona z powierzchni ziemi, a dotychczasowi bohaterowi zrównani z nowojorskim brukiem. Mimo wszystkim faktom działającym na niekorzyść Mścicieli, Phil Coulson (jak na naiwnego idealistę przystało) wciąż gorąco wierzył w to, że ludzie, których znał od dawna, są w stu procentach niewinni. Co prawda z pozoru nie wyglądał na takiego, który wierzy, bo musiał przeprowadzać kretyńskie przesłuchania, w których on nie widział najmniejszego sensu, ale Phil Coulson wierzył i prawdopodobnie tylko to trzymało go jeszcze przy zdrowych zmysłach.
Pochylał się właśnie nad kolejną porcją newsów z miasta, kiedy jeden z młodszych agentów wpadł do jego gabinetu, trzymając w wyciągniętej przed siebie ręce biała kopertę. Coulson podniósł wzrok znad kilku kartek i spojrzał uważnie na mężczyznę. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat. Był zmęczony i najwyraźniej nieco przestraszony faktem, że wszedł do gabinetu TegoAgenta bez pukania, więc ku kompletnemu zdziwieniu Coulsona, wycofał się kilka kroków, zamknął drzwi i zapukał. Phil zamrugał kilka razy chcąc upewnić się, że to co się przed chwilą zdarzyło, naprawdę miało miejsce, po czym odłożył długopis i wziął kilka głębokich oddechów.
- Proszę? - Młody agent odczekał jeszcze kilka sekund, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
- Przepraszam, że przeszkadzam, sir, ta koperta przyszła kilka minut temu i jest zaadresowana do pana. - Podszedł do biurka i położył na nim rzeczoną kopertę. Coulson od razu rozpoznał charakter pisma.
- Kto ją przyniósł? – zapytał, szybko rozrywając papier.
- Nie wiemy, sir. Koperta po prostu znalazła się na biurku Joffreya. Tak całkiem po prostu. Znikąd.
Coulson doskonale wiedział, że koperty nie pojawiają się znikąd, bo muszą być przez kogoś dostarczone. Chyba że Tarcza albo Stark wynaleźli koperty z nogami, o których nikt mu nie powiedział, tylko wtedy mógłby zgodzić się z tym, że koperta pojawiła się znikąd.
- Dziękuje... Możesz już iść. - Starał się nawet uśmiechnąć, ale prawdopodobnie wyszedł mu tylko dziwny grymas, bo młody agent, którego imienia nie mógł sobie przypomnieć (co zdecydowanie świadczyło o niewyspaniu) uciekł z jego gabinetu niemal w popłochu.
Zanim przeczytał treść „miłosnego liściku” napisanego ręką samego Pułkownika, nalał sobie do szklanki nieco szkockiej, wiedząc doskonale, że pewnych rzeczy na trzeźwo nie da się przyjąć.
Odblokuj im dostęp do wszystkich baz danych i wszystkich dokumentów. Niech twoi ludzie śledzą każdy ich ruch. Masz wiedzieć czego szukają i do których plików zaglądają. Masz wiedzieć wszystko.
Coulson nawet nie zauważył, kiedy kryształowa szklanka, w której jeszcze chwilę temu spokojnie spoczywała resztka świeżo nalanej whisky, zamiast w jego ręce znalazła się na jednej ze ścian jego gabinetu.

* * *

Dowody świadczyły przeciwko Mścicielom – to nie ulegało wątpliwości i było całkiem logiczne, jeśli spojrzeć na sprawę z perspektywy niewidzialnego kierownika zamieszania. Banner jednak jedynie słyszał o tym, że w tajemniczych okolicznościach znikał z nagrań monitoringu, chociaż zarzekał się, że wiernie siedział na tyłku w laboratorium i dłubał w kolejnym śmiercionośnym wynalazku. Dopiero po odzyskaniu uprawnień w korzystaniu z agencyjnych baz danych dane mu było dokładnie przyjrzeć się tym nagraniom, które tak jednoznacznie przeciwko niemu świadczyły.
Kamer w centralnym laboratorium było w sumie dwadzieścia cztery sztuki, z czego dziesięć monitorowało główną salę, gdzie działy się wszystkie najciekawsze przedsięwzięcia, ale jednocześnie do największego Tarczowego sklepu z zabawkami dla naukowców prowadził korytarz niezwykle krótki jak na umieszczone z nim cztery pary pancernych drzwi, z których każde stanowiły osobny krok czterostopniowej identyfikacji. Skanowanie tęczówki było dla słabych. W Tarczy skanowało się tęczówkę i całą dłoń, przeprowadzało identyfikację głosową, a na koniec testowało talent pracowników do zapamiętywania - poprzez konieczność wbicia dwudziestocyfrowego kodu. Iście pentagoński rozmach, panie prezydencie. Pozostałe czternaście kamer rozlokowanych było parami lub trójkami we wszystkich pomieszczeniach, za wyjątkiem archiwum, bo tam wstęp miały jedynie zastępy świętych i Bruce Banner.
Ów doskonale pamiętał, że tych cholernych kamer było dwadzieścia cztery i ani jednej więcej. I w jednej chwili przestało mu nawet przeszkadzać to, że był obserwowany przez cały czas. Dwadzieścia cztery kamery dało się przeżyć. Szkoda tylko, że kolejne już liczenie inwentarza dawało wynik dwadzieścia siedem.
- Coulston, mamy problem – powiedział do słuchawki laboratoryjnego telefonu, który na pewno był podsłuchiwany, jeśli nie przez wrogów Tarczy, to przez jej agentów, ale w tym momencie Bannerowi było wszystko jedno.
Na samo słowo „problem” prawie podskoczył w miejscu. W kilka sekund w jego gabinecie aż zaroiło się od elegancko ubranych mężczyzn, którzy najwyraźniej zrobili między sobą zawody dotyczące tego, kto pierwszy doniesie Coulsonowi o kolejnych kłopotach. Tych laboratoryjnych uściślijmy, czyli tych z Bannerem w roli głównej. 
- Wyjść. - Mruknął jedynie w momencie przytykając słuchawkę mocniej do ucha. – Nic nie rób, będę u ciebie za pięć minut, tylko upewnię się że żaden nadgorliwy młodziak nie postanowi iść za mną... 
Coulson wiedział doskonale, że ostatnią rzeczą, której teraz mu było trzeba, był jakiś wyjątkowo lojalny wobec Fury'ego agent, który tylko czekał na Coulsonowe miejsce w sercu Pułkownika. Nie bał się, że może zostać zdegradowany, bał się, że ktoś wyjątkowy łasy na awans, mógłby w tym momencie opacznie zrozumieć kilka rzeczy, co z pewnością nie przyniosłoby nikomu niczego dobrego. Zarzucił więc wszystkich papierkową robotą, wydał rozkazy surowym głosem i zarządził, ze całość ma być zrobiona na wczoraj, bo w przeciwnym razie wszyscy wylecą z roboty. Poskutkowało, bo nikt nie miał odwagi nawet podnieść wzroku znad sterty jednakowych teczek, które spokojnie leżały sobie na jednym z agencyjnych biurek. 
Po kilku minutach nerwowego biegu, znalazł się przy laboratorium. Dwukrotnie musiał wklepywać hasło, co sam sobie tłumaczył dość mocnym drżeniem dłoni. Nie wiedział co za „problem” ma Banner, a w świetle ostatnich wydarzeń, mogło to być absolutnie wszystko – z klonem Fury'ego na czele. 
- Co się dzieje? - zapytał od razu, gdy tylko udało mu się otworzyć drzwi.
- Przejrzałem pobieżnie nagrania z monitoringu – zaczął Banner, w locie podając Coulsonowi rękę. Usiadł przy jednym z laboratoryjnych stołów, na którym stał komputer, a na monitorze odtwarzał się zapis z dwóch umieszczonych w tym samym pomieszczeniu kamer. – W zwolnionym tempie widać przeskakujące klatki. W pewnym momencie nagranie z czasu rzeczywistego zmienia się w nagranie odtwarzane. Tam – wskazał palcem za siebie, ignorując dla dobra sprawy  wzniosłe zasady kultury osobistej – jest kamera z najprostszą fotokomórką. Ta informuje, od którego momentu nagranie ma być włączone, żeby wszystko wyglądało w miarę płynnie. Jest kilka opcji, żeby jedno nagranie nie powtarzało się w kółko, ale parę godzin przeglądania tych zapisów i znalazłem dokładnie ten sam fragment z trzech różnych dni. Takie kamery jak ta z tyłu są jeszcze w głównej sali i na korytarzu. Włamanie do systemu monitoringu jest w miarę proste, ale ktoś musiał fizycznie wejść do zabezpieczonej na pięćdziesiąt różnych sposobów sali i zamontować tam kamerę, a to już wyczyn.
- Chcesz mi powiedzieć, że ktoś zna hasła do naszych zabezpieczeń? - Spojrzał pytająco na Bannera, po czym ponownie przeniósł wzrok na ekran monitora. – Jeśli udało mu się przejść przez zabezpieczenia, w których nawet ja się gubię, to pewnie nie miał najmniejszych problemów z dostaniem się do wszystkich baz danych, jakimi dysponuje S.H.I.E.L.D. Mało tego, jeżeli dostał się aż tutaj, to z pewnością nie miał problemu z dostaniem się do pozostałych, mniej strzeżonych obszarów Agencji. A jeżeli to zrobił, to być może od początku działamy na podsłuchu. To by wyjaśniało, dlaczego ten ktoś jest zawsze trzy kroki przed nami, podczas gdy najlepiej wyszkoleni agenci na świecie zachowują się jak błądzące we mgle dzieci, które wiecznie potykają się o swoje rozwiązane sznurówki – mruknął
- Dostatecznie dobry haker zdobędzie każde hasło. Na świecie jest pewnie kilku dostatecznie dobrych, żeby złamać te zabezpieczenia i wyprowadzić potrzebne informacje. Skaner tęczówki i skaner linii papilarnych da się oszukać na odległość, ale przy identyfikacji głosowej nie ma na to szans. Specjalnie jest zostawione urządzenie pierwszej z niezawodnych generacji, żeby w systemie operacyjnym nie pozostawały żadne ślady. Nic się nie nagrywa, a czułość urządzenia jest tak duża, że najmniejsze odchylenia od wzoru blokują drzwi. Po trzeciej nieudanej próbie wszystko zamyka się na amen, wtedy tylko ja i jedna inna osoba, której nazwiska nawet nie znam, jesteśmy w stanie ruszyć system od nowa. Nie chcę nikogo podejrzewać, ale wejść tam mógł tylko ktoś dysponujący aparatem głosowym jednej z dwudziestu uprawnionych osób.
Coulson miał inną teorię. Może to przez zbyt dużą wiarę w ludzi, z którymi współpracował, a może do głosu doszła zwykła naiwność, skrywana gdzieś głęboko pod idealnie wyprasowanym garniturem. Jedyną osobą, która znała doskonale wszystkie dwadzieścia osób, był sam Pułkownik, który postanowił nagle rozpłynąć się w powietrzu. Wszyscy inni (w tym sam Coulson) znali jedynie część nazwisk, ot tak dla bezpieczeństwa, choć jak widać było na załączonym obrazku, w tym momencie nic nie było bezpieczne.
- A jeżeli ma to związek z tymi wszystkimi porwaniami mutantów? Czy przypadkiem najpierw nie zaczęli znikać młodzi ludzie, a dopiero później na arenę weszły klony? - Coulson mimo usilnej próby przypomnienia sobie kolejności wydarzeń, zupełnie nie mógł tego zrobić – Może to któryś wystarczająco potężny mutant po prostu wcielił się w jednego z naszych? Nie mówię że działał z własnej woli, sądzę raczej, że został wykorzystany.
- Myślisz o armii mutantów, która działa pod czyimś rozkazem? Jeśli generał jest telepatą, żołnierze zrobią cokolwiek zażąda i to bez stosowania szczególnych środków przymusu. W końcu jeden telepata z armią mutantów już chodzi po świecie. Albo… niekoniecznie chodzi. I to by pasowało do tego hasła, które powtarza się u informatorów.
- Jeśli ktoś ma odpowiednie narzędzia, wystarczy tylko drobna sugestia, a pójdą na to miliony. Czy nie tak działał Hitler..? I działa Fury..? - mruknął pod nosem, choć nie był pewien czy wstawienie w jednym zdaniu nazwiska największego zbrodniarza i człowieka... bez oka było najlepszym pomysłem. Coulson jednak miał wybitnie za złe swojemu przełożonemu, że ten postanowił opuścić statek w czasie jego postępującego tonięcia, co nijak miało się do jego wszelkich zasad wpajanych agentom od lat.
Banner nie był mendą, umówmy się. Nie sprawiało mu przyjemności porównywanie kogokolwiek do któregokolwiek z wielkich dyktatorów, ale postawienie Fury’ego obok Hitlera wywołało cień uśmiechu na jego twarzy. Porównanie było nietrafione z jednego podstawowego powodu – Nick Fury nijak nie chciał się wpasować w aryjskie ideały. I ta obserwacja wywołała kolejny mizerny uśmiech na twarzy Bannera. Bynajmniej nie dlatego, że on sam był bardziej aryjski, bo śródziemnomorsko-cygańskie rysy nie kwalifikowały go jako europejski ideał.
Limit rasizmu na najbliższe trzy lata został wyczerpany.
I to Coulson zaczął.
- Nie mam pojęcia, na studiach zamieniłem kurs z nauk politycznych na wyjątkowo fascynujący wykład ze statyki płynów – przyznał, licząc na to, że Coulson w ferworze walki z końcem świata nie zwróci uwagi na braki, jakie Banner miał w temacie historii i polityki. Oprócz najważniejszych dat i nazwisk pięciu ostatnich prezydentów ciężko było u niego o jakąś bardziej szczegółową wiedzę. Był tu w końcu specjalistą z dziedziny zupełnie odrębnej. – Koncepcja armii ma sens, ale przyjęcie fizycznych atrybutów jakiejś osoby nie oznacza jeszcze przejęcia kontroli nad jej umysłem. Jakiś mutant mógł wyglądać i mówić jak jedna z osób, które mogą przejść zabezpieczenia, ale tam są do złamania dwa skomplikowane kody, a jeden z nich nie jest zapisany w żadnej bazie danych.
- Jeżeli jedna osoba robiła tu za przysłowiową tarczę i działała jako żywa kopia kilkunastu osób, mogła spokojnie wprowadzić tu osoby zupełnie z zewnątrz. Sam mówiłeś, że dobry haker nie miałby problemów ze złamaniem tych wszystkich zabezpieczeń, a Tarcza ma naprawdę dużo wrogów na świecie, więc znalezienie kogoś, kto chciałby się na nas zemścić nie byłoby trudne. Ktoś kto był dobrze zorientowany w środowisku mógłby nieźle namieszać.
W kwestii haseł, znał tylko te które były mu niezbędne do życia. Na dobrą sprawę znał tyle haseł z Tarczy, że nie pamiętał własnego pinu do karty, więc ostatnim razem, gdy próbował wypłacić pieniądze w bankomacie, złapał się na tym, że próbował wpisać hasło do głównego wejścia do Agencji. Praca w Tarczy szkodziła na dłuższą metę, więc Coulson obiecał sobie dwumiesięczny urlop po zakończeniu tego szaleństwa.
- Chyba że... - Phil zawiesił na chwilę głos – Chyba że zaleźliśmy za skórę jednemu z naszych. Jakiś były agent szukający zemsty? Gdyby znalazł odpowiedniego przywódcę, mógłby mu ułatwić dostęp do niektórych serwerów.
- Agent szukający zemsty to jak chihuahua gryzący w tyłek mamuta. My jesteśmy tyłkiem, który jest gryziony przez coś zdecydowanie większego i bardziej subtelnego niż chihuahua, a żeby dobrać się do tak pancernego tyłka jak S.H.I.E.L.D. potrzeba dużej ilości pieniędzy, wiedzy, ludzi i niemalże boskiej nieomylności.
- Jeśli znalazł tygrysa, próbującego ugryźć mamuta w dupę... Możemy zrezygnować z tych wszystkich porównań? - zapytał w końcu po kilku chwilach nieudolnego wpasowania się Bannerowskie schematy myślenia i tworzenia metafor. – Chodzi mi o to, ze jeśli mają w środku współpracującego z nimi agenta, mogli spokojnie wprowadzić mutanta, który potrafi zmieniać kształty. Nawet byśmy tego nie zauważyli, Bruce... Bo żadne z naszych zabezpieczeń nie wykryje czy stojący obok ciebie człowiek faktycznie jest tym człowiekiem, jeśli ma odpowiedni wygląd, głos i wiedzę.
- W takim razie to sprowadza się do czekania na błąd. Problem pojawia się w momencie, kiedy nie wiemy, czy kierujemy wzrok w odpowiednią stronę i skończy się to podejrzewaniem wszystkich dookoła. Ja wiem tylko, że ktoś włamał się do systemu zarządzającego monitoringiem i dzięki kamerom, które zainstalowano w niemal najlepiej strzeżonym miejscu na tym statku, manipuluje nagraniami tak, żeby mogły one świadczyć przeciwko nam. To jest błąd, bo manipulację dało się zauważyć, tylko że na takie błędy nasz tajemniczy przeciwnik może sobie pozwolić, ponieważ my dalej nie wiemy, kto się do systemu włamał i kto, w jaki sposób i kiedy był w stanie zainstalować te kamery.
- Nie mamy czasu na czekanie na błąd, Bruce. My nie mamy na nic czasu i wciąż stoimy w miejscu. To wszystko nie ma sensu, to jak szukanie igły w stogu siana! Nie mamy czasu na gruntowne śledztwo, bo tracimy zaufanie do wszystkich, z którymi współpracujemy. Mamy pełno cudownych urządzeń, które miały zapewnić stuprocentowe bezpieczeństwo, a dajemy się wodzić za nos komuś, kto jest dla nas jedynie jedną wielką niewiadomą. Jest zagadką! On wie o nas wszystko, my o nim nic, oprócz tego że na dzień dzisiejszy jest genialny w swoich poczynaniach. Nie mamy zupełnie nic, a Fury wymaga, żebyśmy znaleźli winnych, zanim dziennikarze zjedzą nas wszystkich żywcem. Jestem wdzięczny za to co znalazłeś, ale to wciąż niczego nam nie wyjaśnia...
- Spróbuję znaleźć coś bardziej ekscytującego i dam ci znać.
Banner lubił być potrzebny. Był trochę jak dziecko, które nabazgrało kilka kresek, wypełniło dwa zielone kółka żółtą kredką, obowiązkowo nie trzymając się konturów, a potem było rozczarowane, że mamusia wyrzuciła to dzieło do kosza, bo nie było ani piękne, ani przydatne, ani nawet pamiątkowe. Kiedy zastanowił się głębiej nad możliwością praktycznego zastosowania jego znaleziska, okazało się jedynie łatwym do obalenia dowodem jego własnej niewinności.
Cholera.
- Przepraszam... Bruce. To, to co znalazłeś, to i tak więcej niż mamy. To w zasadzie jedyne co mamy, więc dam do moim najlepszym technikom i poproszę o wyciągnięcie z tego wszystkiego, co tylko można. - Poklepał go lekko po ramieniu, co nie było jedynie próbą załagodzenia ewentualnej nieprzyjemnej sytuacji.
Coulson był wdzięczny Bannerowi za wszystko co zrobił, za to co znalazł i za to wszystko co powiedział, ale to wciąż nic nie zmieniało w ich obecnej sytuacji.
- A... Ta twoja ostatnia rzekoma eskapada do obrabowanego banku... - Uśmiechnął się, po raz pierwszy od kiedy wszedł do laboratorium. – Sprawdziliśmy wszystkie bilingi z twojej komórki i o ile nie potrafisz jednocześnie masakrować drzwi banku i rozmawiać z Nadią przez telefon, to jesteś zupełnie oczyszczony z tej części zarzutów... Jeśli jakkolwiek poprawi ci to chociaż trochę humor.
- Mam nadzieję, że naszej rozmowy nie odsłuchałeś, bo to tajemnica wszechświata. Chociaż… Nie, na pewno jej nie odsłuchałeś.
Banner odwdzięczył się tym samym przyjaznym poklepaniem po plecach, bo tak robili przyjaźni sobie ludzie, nawet jeśli nie lubili klepania po plecach. Taki odruch bezwarunkowy.

* * *

Kilka godzin intensywnej pracy później Bruce Banner wparował do gabinetu Coulsona z dwoma kartkami odręcznych notatek, podekscytowaną miną i nadzieją, że tym razem znalazł coś sensownego. Na wszelki wypadek przedyskutował w głowie poczynione znaleziska ze swoim własnym głosem rozsądku, a chwilę po zakończeniu tej owocnej konwersacji wystartował do biegu.
- Mam konkrety – rzucił na dzień dobry, trzasnął papierami o biurko Phila, usiadł na przystawionym w locie krześle i oparł się o blat, żeby ostatecznie wyhamować swój szaleńczy pęd. – Sprawdziłem historię operacji w systemie odpowiedzialnym za monitoring i pozornie wszystkie były przeprowadzone wewnętrznie, bezpośrednio z komputerów na miejscu lub z komputerów podpiętych pod nasze bazy danych, ale należących do pracowników. Po dokładnym sprawdzeniu okazało się, że część z nich miała źródło na kompletnym ukraińskim pustkowiu. Teren przy granicy z Węgrami, tysiąc kilometrów kwadratowych absolutnego niczego. Hadsereg Biró, armia Biró. Może armia złożona z wyłapanych mutantów, którą pan Biró tworzy gdzieś na zadupiu w Europie Wschodniej?
Coulson musiał się mocno powstrzymywać przed głupim komentarzem, który był prawdopodobnie efektem zbyt dużego stężenia kofeiny w jego organizmie. W końcu wypił właśnie szóstką kawę z rzędu, jeszcze dwie i podobno dostanie w zestawie halucynacje. A może podekscytowany Bruce Banner, wpadający do jego gabinetu, był halucynacją? Musiał zmrużyć oczy i dyskretnie uszczypnąć się w rękę, żeby przekonać samego siebie, że Banner żadną halucynacją nie był i nawet mówił całkiem konkretnie i rzeczowo, co tylko zmusiło Coulsona do odstawienia na bok kubka z kawą i przyjrzenia się notatkom towarzysza.
- To seksistowskie tak zakładać z góry że Biró jest mężczyzną... - mruknął po chwili ciszy, poczym podniósł na Bruce'a rozbawiony wzrok. – Przepraszam, to wina kawy... Świetna robota Bruce... Jestem... - Przełożył kilkakrotnie kartki, po czym wyraźnie odetchnął z ulgą. – Jestem pod wrażeniem tego, co znalazłeś... I myślę, że nie przekonamy się, co szanowny Biró tworzy, dopóki się tam nie znajdziemy i nie spojrzymy na to osobiście.

Banner był jak najbardziej namacalny, rzeczywisty i podniecony. Nie żeby miał nadmierne skłonności do ekscytacji lub choćby skłonności do nadmiernej ekscytacji, ale wszystkie mechanizmy obronne działały u niego bez zarzutu, bo siedziały w umyśle człowieka o życiorysie Bruce’a Bannera, a to wiele wyjaśniało. Nie miał innego wyjścia, jak tylko mimowolnie korzystać ze złotych rad typu ‘ciesz się z drobiazgów, nawet nadmiernie, jeśli musisz’. Nie dało się ukryć, że jego wschodnioeuropejskie śledztwo było drobiazgiem, ale inna dobra rada z arsenału życiowych mądrości dla ludzi korzystających z mechanizmów obronnych brzmiała: metoda małych kroków sprawdza się zawsze, w szczególności przy rozwiązywaniu kosmiczne skomplikowanych spraw i przy chodzeniu na obcasach

10 lipca 2013

Steve Rogers (jak zwykle) ratuje świat!


___________________________________________________________

CHLOE MADDEN & BRUCE BANNER
P R O U D L Y   P R E S E N T
___________________________________________________________


Nie, tu nie ma akcji. Tu jest śmierć przez ukulturalnianie!


Chloe nigdy nie sądziła, że z własnej nieprzymuszonej woli, zgodzi się pójść do Opery. Kiedy jednak Bruce Banner stanął na jej drodze na jednym z agencyjnych korytarzy i oznajmił, że ma dwa bilety na Toscę na piątek, na osiemnastą, jedynie przytaknęła grzecznie udając, ze wie czym jest Tosca i że już wprost nie może się doczekać, aż spędzą twórcze trzy godziny w sali pełnej starych ludzi. Przez chwilę miała nawet nadzieję, że cała chęć ukulturalniania się przejdzie mu do (najpóźniej) czwartku, ale najwyraźniej Bruce miał naprawdę wielką ochotę umrzeć z nudów. Istniała jeszcze opcja, że całkiem po prostu lubi wszelkie opery, a wtedy Chloe miała przechlapane, bo ona na sam dźwięk tego słowa, miała ochotę schować się w szafie ze słuchawkami i głośnymi starymi, rockowymi kawałkami. Skoro w piekle mówiono po niemiecku, to z pewnością dodatkowo kazano słuchać wszystkich oper świata, śpiewanych w tym szatańskim języku. Jeśli piekło istnieje, to jej będzie wyglądało dokładnie w ten sam sposób.
W piątek miała wolne, więc od samego rana powtarzała sobie, że ma jeszcze dużo czasu, na wszystko. Na wybór odpowiedniej sukienki, która nie zgorszy starszych pań, na dobór butów, dzięki którym nie zabije się na operowych schodach i na przyzwyczajenie się do myśli, że spędzi zbyt dużo czasu słuchając muzyki, której nienawidzi. Nie chciała jednak odwoływać wieczornego spotkania, bo ktoś mądry powiedział jej kiedyś, że jeśli tworzy się z kimś związek to trzeba umieć chodzić na kompromisy, bo w przeciwnym razie związek rozpadnie się po dwóch tygodniach, a tego Chloe nie chciała.
Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi, siedziała właśnie na łóżku, malowała paznokcie i piła drugą tego dnia kawę. Sądząc, że to któraś z sąsiadek, przeparadowała w ręczniku przez całe mieszkanie (przeklinając przy okazji, ze z pewnością zaraz zedrze sobie świeży lakier) i otworzyła z impetem drzwi. Problem w tym, że nie stała za nimi żadna z sąsiadek, tylko ubrany w smoking Bruce, który patrzył na nią zaskoczonym wzrokiem.
- Cześć, a ty co tak wcześnie? - zapytała patrząc na niego z lekkim uśmiechem. - Wchodź, zaparzyłam akurat świeżą kawę, napijesz się? - musnęła jego usta i zniknęła w kuchni zanim zdołał cokolwiek powiedzieć. Jego wcześniejsze zjawienie się w jej mieszkaniu, było jej jak najbardziej na rękę, Chloe już dawno zaczęła podejrzewać, że cieszyłaby się jak małe dziecko nawet wtedy, gdyby przyszedł do niej o piątej nad ranem usiłując wyciągnąć ją na poranny jogging w piżamach.
Banner wcale nie był za wcześnie, ale zanim zdążył poinformować o tym Chloe, ona już zdążyła oszołomić go buziakiem, przeciągnąć przez całe mieszkanie, posadzić na fotelu w salonie i zjawić się po chwili z kubkiem kawy, który znalazł się sekundę później w jego ręce. Podziękował w duchu wszystkim siłom nadprzyrodzonym i wszystkim bożkom wszystkich ludów i plemion tego świata (z wyłączeniem Lokiego) za to, że nie zaserwowała mu popołudniowej kawy w filiżance z chińskiej porcelany, ze złotym brzegiem i ręcznie wykonanym rysunkiem przedstawiającym jakąś chińską scenkę rodzajową. Kubek z wizerunkiem Kapitana Ameryki zdecydowanie pasował mu do smokingu i sugerował, że Chloe regularnie zacieśniała więzi z agentem Coulsonem.
Sprawa ze smokingiem sama w sobie była wyjątkowo zabawna, bo Banner – choć należał do wąskiego grona kulturalnych mężczyzn (wyłączając z tego momenty, kiedy odbywał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Hulkiem) – nie miał zielonego pojęcia o tajnikach męskiego krawiectwa, co zresztą udowadniał każdą swoją stylizacją rodem z poprzedniego stulecia. Wiedział jednak, że nie może do opery wybrać się w starej marynarce i koszuli w dowolnym kolorze (im mniej pasującym do marynarki - tym lepiej), więc odwiedził dzień wcześniej butik Prady na Piątej Alei i spróbował nie zrobić z siebie idioty. Nie wyszło. Chociaż granie zorientowanego w temacie położył na całej linii, to mimo wszystko z butiku wyniósł smoking i szereg instrukcji jego użytkowania, więc misję można było uznać za zakończoną sukcesem.
- Kochanie, ale... - zaczął, kiedy Chloe na ułamek sekundy pojawiła się w drzwiach. - Ale jest wpół do piątej. Masz kwadrans, jeśli mamy zdążyć.
- Zdążyć na co? - zapytała bez większego zastanowienia wciąż sądząc, że jest gdzieś w granicach trzynastej, maksymalnie czternastej, a ona ma przecież jeszcze tyle czasu na ogarnięcie wszystkich przygotowań jakie powinna ogarnąć przed wybraniem się do umieralni. Dopiero delikatny gest Bruce'a, który wskazywał na zegarek, uświadomił jej w jak wielkim błędzie jest i jak wiele rzeczy jeszcze przed nią, skoro ma zdążyć ze wszystkim w piętnaście minut. Co poczuła, wiedzą wszystkie kobiety, które musiały wybrać sukienkę, buty, odpowiedni kolor cienia do powiek i fryzury w niecałe piętnaście minut, starając się przy okazji nie rozpłakać (i nie zabić wzrokiem człowieka, który również próbował się nie rozpłakać, z tym że ze śmiechu).
- Ale dlaczego ty mi nie powiedziałeś wcześniej? - mruknęła rozpaczliwie wciskając mu w ręce swój kubek z gorącą kawą. Miała szczerą nadzieję, że przez jej życiowe nieogarnięcie, Banner nie poparzy sobie rąk i nie skończą na jakimś ostrym dyżurze zamiast na Tosce – Ale Robert nooo... - jęknęła siłując się przy okazji z suwakiem jedynej eleganckiej sukienki, której nie trzeba było prasować. I pomyśleć, że miało być zupełnie inaczej, że miała mieć dużo czasu na wyprasowanie ukochanej czerwonej sukienki, która tak wspaniale komponowałaby się z nowymi szpilkami za pół wypłaty, które wybierała z wiszącym jej na słuchawce agentem Coulsonem. Niestety czerwona sukienka i 'coulsonowe' szpilki będą musiały zaczekać na inną okazję, kiedy to Chloe Madden będzie miała więcej niż piętnaście minut na zrobienie wrażenia na ukochanym facecie, siedzącym w tym momencie na fotelu, z dwoma kubkami kawy.
Banner odstawił oba kubki na stolik i ruszył z pomocą. W pomaganiu akurat był dobry, w kryzysowych sytuacjach trochę gorszy, a tymczasem wypad do opery (w której nigdy wcześniej nie był i nie miał zamiaru być, więc właśnie zaczął przeklinać w duchu swój kolejny genialny pomysł z pokaźnej kolekcji) powoli w taką właśnie sytuację zaczynał się zmieniać. Jednak on, chwilowo w roli samca-alfa-wybawiciela-niewiast, nie miał zamiaru dopuścić do katastrofy.
- Pozwól – rzucił, zabierając się za oporny suwak, który chwilę później gładko pojechał do góry.
Kiedy wynik na tablicy przeskoczył na jeden – zero dla nich, Banner wykorzystał zaoszczędzoną podczas pojedynku sekundę i kładąc dłoń na ramieniu Chloe, sprzedał jej delikatny pocałunek w kark.
- Nie można całować jak mam dziesięć minut i czterdzieści trzy sekundy na dobranie butów, ogarnięcie włosów, makijażu i... - i pewnie wymieniłaby jeszcze milion tysięcy innych rzeczy, które powinna zrobić, gdyby Banner ręką, całkiem po prostu, nie zatkał jej buzi, dając jej tym samym do zrozumienia, że zrobi więcej przestając gadać o tym, co ma zrobić. Chloe była pewna, że gdyby ktoś kazał jej się ogarnąć w dziesięć minut bo w przeciwnym razie świat pękłby na pół, miałaby na sumieniu cała ludzkość, bo takie rzeczy były dla niej wprost niewykonalne. Stanęła więc przed tą częścią szafy, w której znajdowały się buty za pół jej wypłaty i spojrzała bezradnie na Bannera (który z pewnością wzniósłby ręce ku niebu błagając o litość, gdyby nie był dobrym człowiekiem pomagającym swoim nieogarniętym kobietom-życia wyjść cało z opresji).
- Czarne prawda? Czarne będą najlepsze, bo są najbardziej klasyczne i żadna babcia w Operze nie padnie na zawał serca, ze przyszłam w ekstrawaganckich butach, które nie nadają się do tego świętego miejsca.
- Czerwone – stwierdził z pewnością człowieka, który przeżył już wszystko, wszędzie był i wszystko widział, więc miał doskonałe pojęcie na temat tego, jakie buty powinno się zakładać do opery. Ton był oczywiście średnio uzasadniony, jednak Banner miał przekonanie graniczące z pewnością, że Chloe w tym akurat momencie nie będzie się upewniać, czy jego pewność w głosie była poparta odpowiednimi dokumentami. Argument czerwonych butów miał również swoje logiczne uzasadnienie. Skoro on był ubrany niemal w całości na czarno, a ona miała czarną sukienkę, dodanie do tego czarnych butów zmieniłoby ich w duet pogrzebowy. Czysta nauka!
- Czerwone? COUSLONOWE! - wypaliła zbyt głośno chwytając w ręce czerwone szpilki i podpierając się na Bannerze, żeby nie runąć jak długa na podłogę (co byłoby całkiem możliwe poziomem jej ogarnięcia tego dnia). Wszystko nie zabrzmiało zbyt dobrze, więc chcąc uniknąć dziwnych pytań zniknęła na moment w łazience, próbując zrobić użytek ze wszystkich kosmetyków, które zakupiła w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy i z których pożytku zrobić wcześniej nie mogła, bo dostanie wolnego pracując dla Tarczy graniczyło z cudem, a chodzenie 'pomalowanym od stóp do głów' (jak to mawiał Coulson) do pracy, zazwyczaj po prostu się nie opłacało. - Może być..? - zapytała, wychodząc z łazienki po kilku minutach – Bo jeśli tak, to w zasadzie możemy chyba iść...
- Lecimy – ogłosił, wciskając jej w ręce torebkę, którą porzuciła na podłodze przed wejściem do łazienki.
Podczas biegu po schodach Banner musiał tylko dwa razy łapać Chloe i przywracać jej pion, żeby ten cudowny wypad nie skończył się pogotowiem ortopedycznym (o ile pogotowie ortopedyczne mogło cokolwiek poradzić na kark skręcony o najniższy stopień schodów na drugim piętrze lub parterze). Kiedy wypadli z klatki schodowej, rozgrzany i nabuzowany testosteronem samochód czekał przed wejściem, a Banner mógłby przysiąc, że złowieszczo pomrukiwał pomimo wyłączonego silnika. Otworzył Chloe drzwi od strony pasażera i w wyniku całego tego rozpędu, kiedy te się za nią zatrzasnęły, on był już z połowie drogi do swoich drzwi. Wsiadł do samochodu dwie sekundy później, samemu już nie wiedząc, po co tak bardzo się spieszą, skoro mieścili się w czasie.
- Cholera, drzwi od mieszkania!
- No nie sądzisz chyba, ze w tych szpilach wbiegnę na czwarte piętro tylko dlatego, że zapomniałeś mi o tym przypomnieć gdzieś w okolicach drugiego piętra... - mruknęła pod nosem zdając sobie sprawę z bolesnego faktu, ze jest stuprocentową kobietą i marudzi własnemu facetowi o tym, że zapomniał jej przypomnieć o czymś, o czym sama powinna pamiętać. W końcu obskurna kamienica była jej mieszkaniem, nie Bannera. A przynajmniej na razie. Wysypała więc na deskę rozdzielczą cała zawartość swojej małej torebki, a więc wszystkie niepotrzebne rzeczy, które MUSIAŁY się w niej znaleźć i patrząc na niego niemal błagalnie wcisnęła mu klucze od mieszkania w rękę – Pójdzieeeesz? Co kocie? Bo ja się zabije w drodze powrotnej jak nie będzie obok mnie twojego idealnie wspierającego męskiego ramienia...
Jak powiedziała, tak zrobił i chwilę później odbywał już regularną strażacką przebieżkę na czwarte piętro. Wrócił po dwóch minutach i miał cichą nadzieję, że nie zauważyła jego zderzenia z drzwiami wyjściowymi, które spowodowane było nieumiejętnością czytania naklejek na szybie.
- Załatwione – rzucił, jednocześnie oddając jej klucze, zapinając pasy i zapalając silnik. Logicznie patrząc, jedną z tych czynności prawdopodobnie musiałby wykonywać stopami albo zębami, żeby całe przedsięwzięcie miało jakiekolwiek szanse powodzenia.
- Ale... - spojrzała na klucze do swojego mieszkania leżące akurat na połyskującym, ciemnym materiale sukienki – Ale zostaw je sobie, co? - uśmiechnęła się lekko pod nosem chowając kolorowy pęk kluczy do kieszeni jego marynarki.


Tosca Pucciniego nie była najlepszym wyborem na początek 'przygody z Operą'. Chloe miała wrażenie, że już w pierwszym akcie zawarta została cała historia, której nie powstydziłaby się najsłynniejsza telenowela brazylijska, ale dzielnie skupiała wzrok na scenie, starając się zapanować nad opadającymi powiekami. Bruce'owi najwyraźniej się to nie udało, bo w trakcie ostatniej arii jednego z głównych bohaterów, poczuła jak układa wygodnie głowę na jej ramieniu. Była więcej niż pewna, że za sekundę umrze ze śmiechu, więc starając się nie wzbudzać żadnych podejrzeń, delikatnie pogładziła go po policzku.
- Robert... Robert obudź się, bo chrapiesz... - mruknęła z trudem opanowując rozbawienie, usiłując jednocześnie uparcie ignorować niezadowolony wzrok jednej z sąsiadek.
- C... Cooo? - Banner powrócił z równoległej rzeczywistości i przez chwilę nie wiedział, jakim cudem nagle znalazł się w ociekającej złotem sali i dlaczego ktoś usiłuje rozerwać mu bębenki swoim, hm... śpiewem. Podejrzewał jakąś wyjątkowo absurdalną incepcję, ale był zdecydowanie zbyt zaspany, żeby tę koncepcję w jakikolwiek sposób sprawdzać. Jego głowa mimowolnie opadła z powrotem na ramię Chloe.
- To, że wstań... Znaczy nie wstawaj tylko się obudź. - powiedziała zachowawczo, przypominając sobie jak bardzo zaspany potrafi być Bruce zaraz po przebudzeniu. W normalnych warunkach było to całkiem urocze, ale nawet największy urok potrafi zostać przysłonięty przez wredny wzrok pomarszczonej i obwieszonej złotem staruchy. - Zasnąłeś. - podsumowała, tłumiąc nagły chichot. Staruszka pokręciła głową z dezaprobatą i mruknęła coś o przyszłości narodu i złym wychowaniu dzisiejszej młodzieży, a Chloe dość energicznie ruszyła ramieniem, sprawiając tym samym że Banner, tylko dzięki dobremu refleksowi, nie przywalił głową w obicie operowego fotela.
- Sama pani jest młodzieżą narodu – stwierdził Bruce tonem człowieka obudzonego podczas operowego spektaklu. Czyli głosem człowieka bardzo niezadowolonego z zaistniałej sytuacji. Przy okazji zupełnie nie dostrzegł absurdalności swojego stwierdzenia. Ani trochę. Wziął jednak głęboki wdech, żeby mimo wszystko nie uświetnić tego wspaniałego wydarzenia obecnością Hulka, którego Puccini nie uwzględnił na liście bohaterów swojego dzieła. Swoją drogą, Banner pobiłby swój osobisty rekord idiotycznych powodów do popadnięcia w ślepą wściekłość i oczyma wyobraźni zobaczył już nagłówki bulwarówek: Hulk dusi Toscę. Metropolitan Opera w barwach zieleni i tumanach kurzu.
Delikatnie złapała go za rękę i uśmiechnęła się pocieszająco. Wpakowali się w operę, niczym Coulson w branie telefonicznego udziału w kupowaniu butów. Takich rzeczy należało po prostu unikać, a jak to mówią? Podobno ludzie uczą się na swoich błędach.
- A teraz po cichu, nie wzbudzając niczego zainteresowania, po prostu stąd wyjdziemy. Powoli i po cichu, jakby nas tu w ogóle nie było. - dodała półszeptem usiłując wstać z miejsca, nie narażając się przy okazji na lincz ze strony miłośników Pucciniego, który z pewnością nie zagości w ich repertuarze piątkowych wieczór na stałe. Odetchnęła z ulgą gdy w końcu stanęli na pustym holu.
- Ale wiesz co? Następnym razem to ja wybieram sposób spędzenia wieczoru w piątek. Dobrze?
- Masz to u mnie. Możemy ewentualnie przedyskutować jakiś kompromis, ale z naciskiem na twoje propozycje – stwierdził, kiwając głową w ramach wzmocnienia zgody i braku jakichkolwiek obiekcji.
Opera zdecydowanie nie była dobrym pomysłem. Z Bannera wyszedł nagle cham i wieśniak, chociaż nikt normalny nie spodziewałby się, że jakikolwiek cham lub wieśniak może gdzieś w nim siedzieć i czekać na swój czas, który tego wieczoru w końcu nastąpił. Akurat w momencie, kiedy powinien był siedzieć wyprostowany jak baletnica i zażywać kultury.
- Wiem, że ty miałaś wybierać sposoby spędzania piątkowych wieczorów... - zaczął niepewnie, uśmiechając się przepraszająco, tak na zapas – ale... McDonald's?
- No dobra... Kupiłeś mnie tym pomysłem.
Chloe była wdzięczna Bannerowi, że mimo swojej pozycji Szanowanego Pana Naukowca, potrafił czasem wyluzować i wkroczyć w smokingu do McDonalda, zamawiając przy okazji dwa zestawy dla dzieci. Nie mogli wyglądać normalnie siedząc gdzieś w kącie restauracji i 'kłócąc' się o wyższość zabawek z Kapitanem Ameryką nad dziwnymi zabawkami z równie dziwnej kreskówki
- Ej, ale jak ja mam tutaj przymocować niby tą super-ekstra-najlepszą na świecie tarczę, skoro on ma jakieś połamane palce? - zapytała trzymając w palcach dwa elementy i kompletnie nie wiedząc co z nimi zrobić – Przecież mu amputowali rękę od tarczy – dodała robiąc przy tym smutną minę.
- Poczekaj, poczekaj, ja się tym zajmę – stwierdził tonem naukowca, przed którym stanęła właśnie największa zagadka w dziejach ludzkości lub inne superważne zadanie, którego realizacja będzie wymagała stu lat badań.
Chwilę spędził na ciężkich przemyśleniach nad plastikową podobizną Kapitana Ameryki, aż w końcu wstał z krzesła i podszedł do wystawki zabawek, której przyglądał się dłuższą chwilę i porównywał to, co trzymał w ręce z tym, co stało za szybą.
- Nic na to nie poradzę, trafił nam się zepsuty. Zamieniamy, czy pokochamy go takim, jaki jest?
To pytanie miało głębszy sens, bo nie kto inny jak Banner spędził ze Stevenem Rogersem długie godziny, słuchając jego wywodów na temat problemów pierwszego świata i co nieco wiedział o kochaniu pomimo w odniesieniu do Kapitana Ameryki.
- Pokochamy jak swoje! - powiedziała szybko wyciągając ręce po upośledzoną zabawkę bez rączki, która z Kapitanem Ameryką miała tyle wspólnego ile Chloe z prezydentem Chile. Przez chwilę przyglądała się zabawce po czym doszła do wniosku, ze jak przykleją tarcze na jakiś mocny klej, to nikt nie zauważy różnicy. Poza tym, podobno nie liczy się wygląd tylko wnętrze, a w przypadku zabawki, to jakie wspomnienia będzie za sobą niosła w przyszłości. Upośledzony Kapitan Ameryka był więc wyjątkowy (dosłownie i przenośni) – w końcu uratował ich od śmierci w operze.

Wszystko było więc w najlepszym porządku. Kapitan Ameryka znów, jak za dawnych czasów, ratował świat przed złem, małe dziewczynki przed cyberprzemocą i Chloe z Bannerem przed skonaniem podczas drugiego aktu. Cykle Księżyca i pory roku zostały na swoim miejscu, słowem – świat pozostał światem dzięki upośledzonemu, plastikowemu Stevenowi Rogersowi, którego dodano do zestawu Happy Meal.
A Banner wkładał Chloe rączki nie tam, gdzie trzeba, bo od kiedy przypomniał sobie, jak wiele czynności można wykonywać przy pomocy penisa, nic już nie było takie samo. Chociaż mimo wszystko świat pozostał w równowadze, ponieważ na jego straży stał Kapitan Ameryka. Bez plastikowej rączki, z tarczą przyklejoną do korpusu taśmą klejącą, której używano do zaklejania pudełek w fabryce Stark Industries.
Banner za cholerę nie wiedział, kiedy zakosił tę taśmę, ale to nie zaprzątało mu umysłu zbyt długo, bo razem z Chloe zajęli się o wiele ciekawszymi rzeczami.

---
Od autorsko! 
Jako że Hulketta się bawi, to mi przypadł zaszczyć dodania notki o zbawianiu świata. Zatem życzymy Szanownemu Państwu miłej lektury i pragniemy dodać: Co złego to nie my! <3

15 maja 2013

Ja tiebia liubliu, kiedy pijesz ze mną tu,
czyli DRUNK SCIENCE (BROS)


ANTHONY STARK & BRUCE BANNER
P R O U D L Y   P R E S E N T

- The forecast for tonight is alcohol and low expectations.
- You're the only meteorologist I listen to.

Naukowi Bracia wkraczają do akcji! Jeśli Twoja postać, drogi czytelniku, występuje w poniższym opowiadaniu bez twojej zgody i czujesz się tym faktem urażony - w ramach odszkodowania możesz zakupić najnowszy produkt Stark Industries z linii Drunk Science za pół ceny! Jeśli nie czujesz się tym faktem urażony - otrzymasz go zupełnie za darmo! Przed konsumpcją tekstu należy zapoznać się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Firma nie ponosi odpowiedzialności za uszczerbki na zdrowiu poniesione podczas obcowania z owocem naszej wytężonej pracy. Mamy nadzieję, że będzie wam się czytało tak przyjemnie, jak nam się pisało!

 *  *  *  *


Stark Industries zawsze tętniło życiem, niezależnie od tego w jakiej znajdowało się sytuacji. Pracownicy wiedzieli, że niebawem może nadejść moment, w którym pożegnają się ze stałą pensją, jednak zamiast strajkować i pisać skargi, jedynie zwiększyli swoje obroty. Tony – gdyby był w stanie wykrzesać z siebie takie emocje – prawdopodobnie by się wzruszył. Doceniał, że nie tylko on i Pepper próbowali uratować firmę przed kompletnym bankructwem.
Pomimo problemów, rozrywka nadal była nieodłączną częścią życia Tony'ego Starka, który nie miał zamiaru doprowadzać do upadku również siebie. Projektowanie, budowanie, tworzenie - to dawało mu satysfakcję i skutecznie niwelowało jego potrzebę dobrej zabawy. Zwłaszcza odkąd miał obok siebie kogoś, kto rozumiał anegdoty o reaktorach termojądrowych, a nawet się z nich śmiał! Bruce Banner, naukowy brat, pomyślał rozbawiony, gdy mężczyzna pchnął szklane drzwi jego apartamentu na ostatnim piętrze.
Banner, jego niemodna marynarka i koszula belfra szkoły żeńskiej wkroczyli do pomieszczenia zdecydowanie zbyt dziarsko jak na flegmatyzm, do którego przyzwyczajeni byli wszyscy, którzy choć odrobinę znali samego Bannera i jego melancholijne usposobienie. Interpretacja terminu „rozrywka” według rzeczonego była równie osobliwa jak jego wyczucie stylu. Stark musiał wewnętrznie pokładać się na podłodze i płakać ze śmiechu za każdym razem, kiedy ten niezwykły relikt przeszłości stawał przed nim w całej swej skromnej okazałości. Aż nadto skromnej. Wracając zaś do rozrywki – nie było dla Bannera lepszej perspektywy na wieczór, niż posiedzenie w laboratorium w towarzystwie naukowego brata i ich wspólnych ulubionych zabawek dla dużych chłopców. Czyli elektrod, reaktorów, kondensatorów, wielowrotników i innych klocków, z których można było zbudować elektroniczne cuda – jeśli komuś przypadkiem przyszły do głowy zabawki z zupełnie innej kategorii.
- Witam cię, Tony, wyglądasz fantastycznie. Nie… Jeszcze raz. Witam cię, Tony, gotowy na noc pełną wrażeń? Cholera… Poprzestańmy na tym, że cię witam – zagubił się Bruce, a kiedy już się odnalazł, uścisnął wyciągniętą w jego stronę dłoń, niezaprzeczalnie należącą do Starka. Tak, przed przybyciem ćwiczył teksty, które działały na laski jak potężny magnes na metalowe opiłki.
- Dzięki, Bruce. Świetna koszula – pochwalił Tony, choć wcale tak nie myślał, a Banner zapewne od razu przejrzał jego kłamstwo. Pomimo tego obaj nadal obdarzali się wzajemnie pogodnymi uśmiechami, a kiedy to zaczęło być nieco niezręczne, Stark ruszył w stronę barku. Był to najładniejszy mebel w całym jego apartamencie, choć wyraźnie odcinał się na tle pozostałych. Dębowe, lakierowane drewno i pozłacane uchwyty... idealnie zachowany antyk przechodzący z pokolenia na pokolenie. Niektórzy mieli kredensy, Starkowie mieli barek.
- Sir, spożywanie alkoholu podczas korzystania z narzędzi nigdy nie kończyło się dla pana korzystnie – wtrącił Jarvis, jednak Tony ani myślał zwrócić uwagę na swojego komputerowego towarzysza. Ściskając w ręce nieco zakurzoną, aczkolwiek nadal oryginalnie zamkniętą, butelkę whiskey, spojrzał na Bruce'a.
- Nie słuchaj go. Jedna szklaneczka nie zaszkodzi!
Banner nie miał wcale zamiaru słuchać Jarvisa - nie musiał. Albo inaczej – jego rozsądek był takim odrobinę szybciej kojarzącym Jarvisem, więc zanim niezawodny komputer zwrócił Starkowi uwagę na zgubne skutki picia napojów wyskokowych podczas majsterkowania, Bruce miał już usta otwarte i gotowe do protestu. Bardzo zresztą gwałtownego protestu, bo o ile zaprogramowany na wszystkie możliwe okoliczności system (i jednocześnie gwarancja stabilności świata, bo bez niego Stark zaczynał myśleć całkowicie samodzielnie, a to gwarantowało fajerwerki, więc pozostawało jedynie pytanie, co tym razem wyleci w powietrze) widział jedynie zagrożenie w efektach spożycia, natomiast Banner zagrożenie widział także w samym spożyciu. 
- Zaszkodzi, Stark, uspokój się – zdobył się na stanowczość. Ba, podniósł nawet rękę w ojcowskim geście, żeby było jeszcze bardziej dobitnie. Gdyby Banner był choć odrobinę bardziej zdolny do otwartej rozmowy, pewnie nie miałby wrażenia, że rodzima planeta eksploduje, kiedy tylko Tony zaprotestuje, a Bruce będzie musiał mu spokojnie wytłumaczyć, dlaczego czekał ich wieczór abstynenta.
Tony wywrócił oczami w męczeńskim geście i niezrażony słowami Bannera chwycił dodatkowo dwie szklanki. Jeśli on naprawdę myślał, że Stark zamierza tak łatwo odpuścić, to najwyraźniej nie oglądał zbyt często telewizji.
 - Masz zamiar siedzieć zamknięty ze mną w jednym pomieszczeniu przez całą noc, zupełnie trzeźwy – zaczął Tony wolno, a dźwięk stawianej na blacie biurka butelki zwrócił uwagę gołębi siedzących na balkonowej barierce. - Wspominałem już o tym, jak trudne miałem dzieciństwo?
Telewizji Banner faktycznie nie oglądał, czytał za to gazety, w których ekscesy Starka opisywano równie dokładnie i szczegółowo. Poza tym, zdarzało im się spotykać osobiście, ba, nawet bez towarzystwa szwadronu ochroniarzy, a ich jedynym niezmiennym partnerem nocy z nauką był Jarvis. A dla Bruce’a wnioski z tych wydarzeń oznaczały mniej więcej tyle, że jeśli w tym momencie nie zamieni się w zieloną maszynkę do mięsa i nie przepuści Starka przez swoje mechanizmy, bezalkoholowa impreza nie wypali. Mimo wszystko nie chciał przerabiać wszystkiego w promieniu stu metrów na sieczkę. Zwłaszcza nie chciał przerabiać na sieczkę samego Tony’ego.
- Jedna szklanka. Ale taka dżentelmeńska, Stark – zaznaczył, celując w niego palcem w karzącym geście.
Zanotował w pamięci, żeby koniecznie podręczyć się wyrzutami sumienia, kiedy spotkanie dobiegnie już końca.
- Jedna szklaneczka, nie miałem zamiaru sugerować niczego więcej! - powiedział Tony z szerokim, tryumfalnym uśmiechem. Udało mu się skłonić Bruce'a Bannera do napicia się z nim whiskey, powinien zanotować to w swoim pamiętniku jako wiekopomne wydarzenie. Zaraz obok spotkania Ozzy'ego Osborne'a i naprawy silnika w Air Force One. - Za naukę! - powiedział Stark patetycznie, gdy wręczył Bruce'owi prostokątną szklankę w jednej trzeciej wypełnioną alkoholem. Jeszcze zanim metaliczny płyn o ziołowym posmaku zdołał dotknąć jego ust, poczuł dziwne ciepło rozchodzące się po jego ciele. Przegrzanie reaktora, czy raczej zwiastun, że to piżama party będzie wyglądało inaczej niż pierwotnie planowali?

*  *  *  *

Po kolejnej pierwszej i ostatniej szklance whiskey Banner był nie tylko pozbawiony marynarki, rozchełstany i spocony jak mysz. Nie, nie, to wcale nie było najtragiczniejsze ze wszystkich poalkoholowych przemian, jakie w nim zaszły. Najgorsze było to, że postanowił zwierzyć się Starkowi z dręczącego go od jakiegoś czasu problemu. 
- Tony… Tony, słuchaj… - zaczął, siadając prosto na krześle i dla bezpieczeństwa zapierając się porządnie łokciami o blat stołu. Jak na taką ilość spożytego alkoholu, zdawał się jeszcze zadziwiająco wytrwale i niechybotliwie stać na granicy trzeźwości. Jego myślenie jednak nie było już szczególnie racjonalne. – Czy tobie się czasem nie wydaje, że ja jestem trochę za  bardzo nieśmiały w stosunku do kobiet? Ale, Tony… Słuchaj mnie. Nie mam pojęcia, co działa na kobiety. Bo na pewno nie ja.
Tony spojrzał na Bruce'a zaskoczony, jednak nie skomentował tego w żaden sposób. Przynajmniej jeszcze nie, gdyż zajął się szukaniem kolejnej butelki, gdy zauważył, że zasoby pierwszej diametralnie maleją. A był przekonany, że wypili dopiero dwie kolejki...
 - Nie bądź taki krytyczny wobec siebie – powiedział Stark po niedługiej chwili i podszedł do przyjaciela. Objął go ramieniem i wykonał taki gest ręką, jakby chciał objąć nią cały wszechświat. - Nawet nie wiesz ile kobiet na ciebie czeka... tam!... na Ziemi, a może nawet dalej! Po prostu musisz podejść, tak nonszalancko, na luzie, i rzucić tekstem!
- Wydaje mi się, że... - zaczął Jarvis.
- Wycisz! O czym to ja... ah, rzucić tekstem. Jest wiele sposobów na podryw, ale trzymaj się tych tradycyjnych, niezawodnych. Na przykład; Przeleć mnie jeśli się mylę, ale czy my się przypadkiem nie znamy? Od razu będzie twoja! - powiedział Tony z przekonaniem, że właśnie zafundował przyjacielowi drogę do ślubnego kobierca. - Ja ci to zapiszę, nie martw się. Możesz też bardziej fizycznie... Spróbuj przyciągasz mnie do siebie z siłą grawitacji, albo jesteś tak piękna jak Słońce, więc będę wokół ciebie krążyć! Poważnie Bruce, będziesz lepszym playboyem ode mnie.
- Jarvis, notuj to, kochany. I wydrukuj mi na papeterii w kwiatki – rozkazał (umówmy się) Banner, puszczając anatomiczną blokadę. Efektem tego posunięcia było opadnięcie na stół całym ciężarem korpusu. Były trzy rzeczy, które sprawiały, że jego umysł przestawał funkcjonować tak jak powinien. Pierwsza to przemiana w Hulka, druga – alkohol, a trzeci czynnik kurczący IQ do jednej cyfry miał cycki. Przynajmniej w założeniu. Według aktualnych wymagań Bannera cycki nie były konieczne, wymagana była jedynie płeć żeńska, najchętniej przyrodzona.  – Czyli nie pytasz się lasek, czy się ruchają, czy trzeba z nimi chodzić? Dziwne… - zauważył, wciąż leżąc na stole twarzą w dół. Kiedy zdecydował się jednak bohatersko podnieść głowę i stawić czoła światu, jego oczom ukazała się szklanka z resztką siódmej, dziewiątej czy tam osiemnastej kolejki, więc chwycił ją, a zawartość po chwili wylądowała w jego trzewiach.
- Chyba żartujesz Bruce. One same włażą mi się do łóżka – przyznał Tony z dumą, nie zwracając uwagi na to, że Banner przeżywa właśnie bliskie spotkanie ze stołem. - I jak chcesz utrzymać kobietę przy sobie to pokaż jej od czasu do czasu, że jest ci potrzebna! Zostaw naczynia w zlewie, połóż brudne skarpetki na podłodze, one doceniają takie gesty. Pepper nie ma tego dość po szesnastu latach! - wyjaśnił uśmiechając się przy tym szeroko. Drukarka zakończyła proces o czym poinformowała ich głośnym pikaniem. Tony rzucił w nią pilotem od telewizora, jednak nie wycelował najlepiej, gdyż ten trafił w wazon, który upadając na ziemię rozbił się na tysiąc kawałeczków. Stark nie wyglądał jednak na poruszonego, bardziej zainteresowała go jarvisowa papeteria w kwiatki.
- Drukujesz na tym oficjalne pisma? Zmiażdżyłeś mi tym jądra, a mieliśmy dojść, jak doprowadzić do tego, żeby zrobiła to jakaś kobieta… Może nie dosłownie, ale… rozumiesz. Nikt lepiej od ciebie nie rozumie, czego w pewnym momencie życia potrzebuje mężczyzna… Na przykład ja. Bardzo. Nie sądziłem, że kiedyś to powiem tak dobitnie, ale ruchać mi się chce – wyznał. - Ale tak z miłością. 
Szukaj wiatru w polu, Banner.


*  *  *  *

- Rozumiesz, to nie tak, że przez całe dzieciństwo miałem przerąbane – kontynuował Stark, łącząc czerwony kabel z niebieskim. Następnie chwycił taśmę izolacyjną. - Najgorzej było wtedy, gdy Howard wracał z podróży służbowych. Raz zwyzywał mnie od baranów, bo ośmieliłem się powiedzieć, iż nie wierzę w Świętego Mikołaja! Ale sam przyznaj, że taki plan biznesowy nie dałby rady się sprawdzić, wydawało mi się to zupełnie logiczne – ciągnął niewzruszony i z hukiem wysypał pozostałe narzędzia na stół. Następnie sięgnął po butelkę, z której pociągnął łyk. Szklanki zgubili gdzieś przy drugim Martini.
- Nie gadaj, że jako ośmiolatek nie wierzyłeś w Świętego Mikołaja… - zdruzgotał się Banner. Może i jego mózg pływał we zburzonym morzu alkoholu, ale takich rzeczy nawet po pijaku nie mógł sobie wyobrazić, a zamroczony umysł nagłe braki w intelekcie odbijał sobie w nadprodukcji innych średnio sensownych wytworów. Ale ta zgroza po prostu nie mieściła mu się w głowie. Były takie granice, których nie dało się przekroczyć. Nigdy. – A Wróżka Zębuszka? Stark… Byłeś takim nieszczęśliwym dzieckiem… Przykro mi… - załkał niemalże. Załzawione oczy wytarł jednak w T-shirt, który Tony wciągnął na grzbiet po poprzednim prysznicu.
Przez kolejne pół minuty Banner wytrwale płakał w ramię Starka, przy okazji przytulając swojego naukowego brata. Cholera jasna, wypity stawał się babą w ciąży. Na potwierdzenie tej tezy, po fazie rozpaczy przeszedł od razu w fazę poszukiwacza sensu.
- Tony…? Czy my w ogóle wiemy, co to będzie? – zapytał dla pewności, jednak po chwili przestały go w ogóle interesować takie drobnostki jak sens powstawania tej konstrukcji. – Zresztą, nieważne, coś z tego będzie. Chyba że ten obwód dalej pozostanie otwarty – zauważył nadzwyczaj trzeźwo i od razu zabrał się za naprawianie karygodnego błędu.


*  *  *  *

Tony z trudem stłumił śmiech, gdy brał do ręki słuchawkę. Jarvis z wahaniem wykręcił numer podany przez Starka, gdyż ten po trzeciej próbie uznał, że nie potrafi trafić w klawisze własnego telefonu. Na szczęście kryzys w postaci „Ty mówisz!”, „Nie, ty mówisz!” został zażegnany, gdy Tony wyciągnął krótszą zapałkę ku uciesze Bruce'a. Znaczy, tak mu się wydawało, że ona była krótsza...
Biorąc głęboki oddech, zachichotał jeszcze kilkukrotnie, upił łyk wódki, a następnie przytknął słuchawkę do ucha, ustawiając wcześniej na głośnik.
- Czy twój młot chodzi na baterie? - wykrztusił Tony od razu po tym, jak Thor odebrał telefon.  
- Tak, Stark, trzy razy, wczoraj. I nie przyjadę po ciebie. 
Bruce bardzo się zdziwił, kiedy w słuchawce, zamiast spodziewanego przez wszystkich zebranych Thora, usłyszeli głos Natashy Romanoff. Zdziwił się prawie tak bardzo, jak poirytowana była sama Czarna Wdowa. Pierwsze dziesięć sekund po tym, jak ich przypadkowa rozmówczyni się rozłączyła, Banner stał (choć to chyba za duże słowo) na środku salonu, prezentował najbardziej kretyńską minę, jaką kiedykolwiek zarejestrowano na tej planecie i zastanawiał się nad czymś intensywnie. To mogło potrwać i wymagało wysiłku, więc na wzmocnienie zaserwował sobie potężny łyk jakiegoś różowego szampana, którego wybrał na chybił trafił z pokaźnych zapasów Starka. 
- Tony, to nie było mądre… Thor nie ma telefonu, a już na pewno nie  ma komórki – zauważył tonem, którego użyłby chwilę po odkryciu największej tajemnicy wszechświata. – Ma chyba tylko taki z tarczą, na którym się faktycznie wykręca numer, a ja podsłuchałem, że wybierają się z Sif na melanż, więc na pewno nie wziął go ze sobą – zakomunikował, rozczarowany niemożliwością skontaktowania się z Thorem. Przecież kwestia młotka na baterie była paląca jak… jak… Bardzo paląca! – Czy ktoś jeszcze w ogóle mówi „melanż”? Oprócz mnie.
– Nie, nikt też nie nosi takiej koszuli jak ty – powiedział Tony jeszcze przez chwilę wpatrując się w niebieski wyświetlacz, następie położył się na dywanie zwijając ze śmiechu i łapiąc za brzuch. - Przecież Thor nie ma telefonu! - wykrztusił czując, że zaraz pęknie mu przepona. Co prawda był zawiedziony tym, że to nie Gromuś odebrał telefon, aczkolwiek do Natashy również miał bardzo frapujące pytanie. Koniecznie chciał się dowiedzieć gdzie kupiła swój obcisły kostium. Być może gdyby ubrali w to Bruce’a, jakaś by w końcu na niego poleciała.  


*  *  *  *

Stark musiał być naprawdę przewrażliwiony na swoim punkcie, skoro nanosił do tej  naszpikowanej elektroniką chałupy tyle plotkarskich gazet. Banner jednak nie znalazł w nich ani jednej wzmianki o rozmiarze penisa Tony’ego Starka, wszędzie tylko Lindsay Lohan i One Direction. Czymkolwiek było. Poza tym, nawet Bruce wiedział, że wszystkie te gorące plotki o sutkach Britney Spears można było przeczytać w Internecie. Ba, nie tylko wiedział, ale czytał codziennie! Pewnie dlatego, że to były jedyne  kobiece sutki w jego życiu od dłuższego czasu, chyba że któraś z agentek Tarczy zapomniała akurat założyć stanika. Te szczęśliwe dni niestety nie zdarzały się dostatecznie często.
- Junior, jakie idiotyczne nazwisko… - stwierdził Banner, przerzucając kolejną stronę w kolorowym magazynie. Kolejne dwie sekundy później wybuchł śmiechem tak gwałtownym i donośnym, że samo to mogło doprowadzić do przemiany w Hulka. – Jarvis… Pokaż nam tego Juniora… - poprosił uprzejmie, po raz kolejny tego wieczora pokładając się na stole i co rusz wybuchając kompulsywnym śmiechem.
Hologram rzeczonego Juniora wyrósł na środku pokoju, a wokół niego zatańczyły kolumny tekstu i fotografie.
- Robert Downey Junior. Zagrał Shelocka Holmesa. Znany z tego, że laski sikają na jego widok barszczem – wyjaśnił Jarvis.
Tony z zaskoczeniem wpatrywał się w hologram, który jego komputerowy przyjaciel wyświetlił na środku pokoju. W pierwszej chwili Starkowi zupełnie odebrało mowę, nie wiedział co powiedzieć, a z jego otwartych ust wyszedł jedynie niezrozumiały bełkot. Wpatrywał się to w hologram, to w Bruce'a, a następnie przyłożył sobie rękę do czoła.
- To niemożliwe... To po prostu niemożliwe – powiedział po chwili, a ton jego głosu wskazywał na głębokie zszokowanie. - Bruce, on wygląda dokładnie jak ty!
Notując sobie w pamięci, że koniecznie musi zaprosić tego całego Juniora do domu, podszedł do stosu gazet leżących na stole. Odrzucając na bok wszystkie Maximy i Playboye, zaczął zastanawiać się, skąd wziął się na jego biurku najnowszy numer mongolskiej gazety dla nastolatek. Ostatecznie wziął się za przeglądanie Vanity Fair. 
- A posłuchaj tego nazwiska! Nie mogę uwierzyć! – zaczął Tony prawie kładąc się na stole. - Stark! Jak można mieć tak... hej, chwila... - przerwał i zasępił się na chwilę. Był prawie pewien, że usłyszał jak Jarvis uderzył się z otwartej dłoni w czoło. Gdyby tylko miał kończyny.
Banner ruszył swój kształtny (opinia wydana przez ekspertkę Instytutu Studiów Pośladkowych – profesor wyjątkowo nadzwyczajną Ninę Gazarov) tyłek z krzesła i chwilę później znalazł się na podłodze obok Starka. Wcale nie miał zamiaru siadać, po prostu przegrał z grawitacją, co w ich obecnym stanie wcale nie było trudne. 
- Pokaż mi to… - rozkazał, wyciągając Tony’emu z ręki gazetę. – A ten? Mark Rafaello? Jarvis, wiesz, co masz robić. 
Gdyby Jarvis miał zaprogramowany program wzdychania, na pewno westchnąłby wyjątkowo ciężko. Jednak Stark nie przewidział takiej potrzeby (lub uznał, że jego elektroniczny asystent musiałby używać tej opcji zdecydowanie za często), więc tuż obok hologramu Juniora pojawił się drugi, bez oznak dezaprobaty ze strony Jarvisa. 
- Mark Ruffalo. Zagrał w połowie filmów świata. Nikt nie wie o jego istnieniu – zakomunikował, a w jego nieco mechanicznym głosie zabrzmiały nuty zrezygnowania.
Tony przestał wpatrywać się w plakat Jonas Brothers i spojrzał na nowy hologram. Przekrzywił głowę, jakby spodziewał się dostrzec podobieństwo Marka Ruffalo do siebie samego. Nie wyszło.
- Ten z kolei przypomina mi trochę Clinta, nie sądzisz? Tak z żuchwy – przyznał Stark, celując kolejnej postaci z gazety palcem między oczy.


*  *  *  *

Pożałował, że nie ma w domu kozetki. Poczułby się wtedy bardziej profesjonalnie, wysłuchując historii Bruce'a leżącego na białej, zalanej winem kanapie. Tony nie pamiętał nawet kiedy i czy w ogóle pili wino, ale  butelki leżące na stole jasno wskazywały na to, że taki incydent mógł mieć miejsce. Chyba gdzieś pomiędzy kręglami z opakowań po Martini, w które rzucali kulistymi pojemnikami pełnymi żrących, radioaktywnych substancji. Chociaż może było to po tym, jak prawie wysadzili wschodnią ścianę? Tony nie mógł sobie przypomnieć, więc w pełni skupił się na opowieści Bruce'a zauważając, że ten zaczął już kolejną historię. Zamroczony sięgnął po butelkę i po chwili zdał sobie sprawę, że jest zupełnie pusta. Odrzucił ją więc do tyłu, nie zwracając większej uwagi na huk rozbitego szkła i pokiwał głową w zadumie, pokazując przyjacielowi, że z uwagą słucha tego co ma do powiedzenia... Znaczy, uwagi poświęcał mu tyle, na ile pozwalały mu cycki jakiejś aktorki porno wyświetlone na monitorze.
- Stark… Stark, patrz na mnie. – Pijany Banner stawał się zdecydowanie bardziej wymagający w kwestii ilości poświęcanej mu uwagi. Krzywa ilustrująca zależność natrętności od promili alkoholu we krwi, która tego wieczoru wystrzeliła nagle w górę, powoli zbliżała się do kresu swoich możliwości, a sam Banner zbliżał się do granicy utraty przytomności. Miał zamiar po prostu delikatnie przekręcić głowę Starka w swoją stronę i tym samym zmusić go do patrzenia sobie w oczy, ale gdyby Tony nie miał tak wytrzymałego Atlasa, leżałby na własnej kanapie ze skręconym karkiem. – Miałem kiedyś taką jedną znajomą. I ona była kleptomanką, ale kradła tylko ketchup. Kleptomania tomateris, straszna choroba – powiedział ze zgrozą.
Tony  natychmiast odwrócił głowę od monitora i spojrzał na Bruce'a z  przerażeniem.
- Słyszałem  o tym – odpowiedział, a w jego głosie dało się usłyszeć nutę  strachu. Jak na zawołanie burza szalejąca za oknem jedynie  podsyciła jego przerażenie. Przy kolejnym grzmocie ściskał już  Bannera w pasie mamrocząc coś o tym, że nie chciał rozgniewać  Thora. Straszna choroba wzięła jednak górę nad błyskawicami,  kleptomania tomateris nadal nie dawała mu spokoju. - Myślisz, że  tym można się zarazić? - zapytał Tony i od razu odsunął się  od Bruce'a. Po części zastanawiał się czy historia nie była  zmyślona. „Miałem kiedyś taką jedną znajomą” już brzmiało  dla Starka podejrzanie. Banner i kobieta?
- Nie patrz tak na mnie. Miała szklane oko z tęczówką niepasującą kolorem do drugiej, urodę szesnastoletniego chłopca i uwielbiała Modern Talking. Aż tak nisko nie upadłem – zapewnił, wciąż tuląc Starka do swojej mężnej piersi. Banner faktycznie nie miał pewności, czy ta historia była prawdziwa, jednak kiedy zaczął się nad tym zastanawiać, jednoznacznie stwierdził, że był zbyt zalany, żeby wymyślić cokolwiek. Zwłaszcza po łacinie. Zwłaszcza o trzeciej nad ranem. – Ale Thor chyba gdzieś dzwoni – zauważył, pokrętną drogą dochodząc do tego wniosku, kiedy zauważył już, że za oknem rozszalała się burza.
- Zawsze  lubiłem Modern Talking – wyznał Stark z powagą w głosie.  Udowodnił to dokładnie godzinę później, gdy trzymając głowę  Bruce'a nad kiblem, podśpiewywał radośnie „you're my heart  you're my soul”.


*  *  *  *

- Chuki ya, pilipili wanasayansi!
Bannera z twardego snu wyrwał wściekły głos Jarvisa. Jarvisa, któremu najwyraźniej podczas tej nocy stało się coś bardzo złego – doprecyzowując. Podniósł głowę z podłogi (tak, podłogi) i już chwilę później pożałował tej decyzji. Bardziej żałował w życiu tylko tego, że na pierwszym roku studiów wrócił do swojego wynajętego kąta i uczył się o kwarkach, zamiast pozwolić się wyciągnąć na piwo. Wszyscy wtedy zaliczyli, on zaliczył jedynie egzamin w pierwszym terminie.
- Kuishia katika kuzimu! 
Bruce usiadł na podłodze, chowając twarz w dłoniach. Kiedy spróbował przypomnieć sobie wydarzenia z poprzedniej nocy, jego głowa eksplodowała bólem. Nie nadawał się póki co do jakiegokolwiek myślenia, więc wiedziony podstawowymi instynktami, chybotliwie wstał, zatoczył się w kierunku lodówki, za drugim razem trafił w rączkę i gdy w końcu ten cud techniki stanął przed nim otworem, poczuł wspaniały powiew chłodu. Próbując zdjąć z górnej półki butelkę wody, najpierw złapał za powietrze. Cholera, widział podwójnie. To nie był dobry znak. 
- Stark? Stark, żyjesz? – pytał, niepewnym krokiem drepcząc w kierunku salonu.
–  Nie czuję się, jakbym żył – odpowiedział i  zmrużył oczy, gdy tynk znów zaczął sypać się z sufitu. Nie  potrafił zrozumieć jakim cudem udało im się zerwać lampę  wiszącą dziesięć metrów nad podłogą, ale może wcale nie  powinien dociekać. 
Wstał  dopiero wtedy, gdy suchość w gardle, jaką odczuwał, stała się  nie do wytrzymania... Kac morderca, pomyślał rozeźlony. Wyminął  stojącą na środku salonu zbroję Mark XI ubraną w różowy,  koronkowy stanik i pochylił się nad zlewem. Nie zdążył jednak  nawet odkręcić kranu, gdy coś gorącego nagle uderzyło go w  twarz. Atakującym znienacka okazał się być tost, ale nie byle  jaki tost. - Bruce... Bruce musisz to zobaczyć.
Banner był właśnie w trakcie sprawdzania listy połączeń wychodzących z poprzedniej nocy. Dziwnym trafem nie pamiętał tych dwudziestu telefonów do byłych dziewczyn. Dwóch byłych dziewczyn. W tym jednej z czasów przedszkolnych. 
- Jednak żyjesz, jak cudownie… - powiedział z wyraźną ulgą, stając w pełnej gotowości bojowej obok Tony’ego. Wolał nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze, więc zgrabnie ominął je wzrokiem, kiedy kierował spojrzenie na naukowego brata. Bardzo zdziwionego naukowego brata. – Co się dzieje? – zapytał, początkowo nie zauważając, co wywołało takie poruszenie. Pominął urwaną lampę. – Czy to… grzanka z podobizną Iron Mana…?
- Lepiej, Bruce - mruknął Stark i odwrócił tosta na drugą stronę. Tam w całej okazałości przedstawiony był Hulk, główny alfons NYC, jak to głosił wypalony niżej napis. Pomimo tego, że Banner wyglądał na nieco przerażonego, Tony nie potrafił powstrzymać uśmiechu. - Może ten toster nie będzie powodem kolejnej rewolucji przemysłowej, ale zbijemy na nim miliony! - dodał i ugryzł grzankę, dochodząc do wniosku, że smakowały nawet nieźle. Jedyne czego w tej chwili brakowało Starkowi do szczęścia to kawa, ale ekspres w tajemniczych okolicznościach zniknął z szafki... Szafka również zniknęła.
Bruce pewnie plasnąłby się otwartą ręką w czoło, gdyby – po pierwsze – nie przewidział efektów połączenia tego manewru i kaca oraz – po drugie – nie przeglądał właśnie smsów, które poprzedniej nocy wysłał. Aż usiadł z wrażenia. Na podłodze. 
- Umówiłem się na randkę z czterdziestoletnią trzykrotną wdową, która była moją dziewczyną w przedszkolu. Pozwoliłeś na to. Teraz musisz mnie zabić, tego wymaga nasza przyjaźń.

Szablon sponsoruje OSCORP. Przy jego tworzeniu nie ucierpial zaden pajeczak.