Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stan Lee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stan Lee. Pokaż wszystkie posty

20 lutego 2015

Bye-bye, bikinis


projekt Red Room AVENGERS prezentują: 
NATASHA ROMANOFF 
jako 

   CZARNA WDOWA
black widow, baby

Obracasz się i widzisz przepaść. Dzieli cię od niej zaledwie kilka kroków. Przepaść jest wąska, ale na tyle głęboka, że próżno szukać jej dna. Dalej rozciąga się krwistoczerwony pejzaż. Budzisz się nagle, z zaciśniętą na kołdrze pięścią, wyostrzonym słuchem, gotowa do biegu. Nie jesteś obolała ani zlana potem, bo wycieńczenie nie przychodzi tak łatwo. Nie ma prawa.  Czasami chciałabyś nie widzieć za sobą nic. Ale to właśni ta zabryzgana czerwienią przestrzeń, ta przepaść – to one ukształtowały ciebie.
Zaczęłaś młodo, w wieku, kiedy wiele rzeczy przyjmuje się za świętą prawdę, jeśli odpowiednio zaserwują to kłamstwo. Nie wiesz, czym jest prawdziwa rodzina, jak działa twoje serce i co tak naprawdę ci odebrano. Znasz za to kilka języków, granica twojego bólu jest praktycznie niemożliwa do przekroczenia, a rutyna i trening nie męczą, po prostu są. Prawdę, która cię wyzwala, odkrywasz powoli, z przerażeniem, zwątpieniem i wreszcie potwornym wstydem, zamaskowanym tymi fałszywymi emocjami, którymi cię karmiono. Cały świat stoi przed tobą otworem, jest właściwie na skinienie palca, ale ty nie umiesz zawalczyć o siebie, umiesz walczyć tylko przeciwko fałszywym wrogom. I dla - manipulatorów, przegranych, zdrajców, martwych.
Żyjesz już trochę na tym świecie, chociaż papierek może kłamać, więc czegoś już się nauczyłaś. Wrogowie nie zależą od narodowości ani rządu, ale od intencji. Zimna krew, fałszywy płacz, kuszący uśmiech. Nikt nie urodził się zły, a każdy zasługuje na drugą szansę. Jeśli tego szczerze pragnie. Szczerze, to znaczy tak, jak ty.
Błogosław dług, który spłacasz, bo nigdy nie wolno ci stwierdzić, że masz go już za sobą.  Za zło odpowiedz dwukrotnie dobrem. Samotność, wściekłość, klatka trzymająca na uwięzi muszą odejść w zapomnienie. Teraz masz ludzi, na których możesz polegać, dla których czasem warto poświęcić trochę więcej niż czas i siły. Błogosław dystans, jakiego nabrałaś po tym wszystkim. Kłamstwo nadal jest złe, ale to dobry sposób, by przeżyć. Nagnij zasady, skręć komuś kark, uratuj setki istnień – nikt inny, tylko ty. Nikt inny nie zrozumie, jak bardzo stracony jest ten świat. Koniec końców, kiedy nadchodzi odpowiedni moment, stajesz wspólnie z nielicznymi w tej pierwszej linii frontu. Tam zaprowadziła cię zawiła droga, którą podążałaś, Czarna Wdowo. Wreszcie zasługujesz na spokojny sen. 

KARTOTEKA | POWIĄZANIA |  OPOWIADANIA | UMIEJĘTNOŚCI

__________________________________________
Natkę znamy, Natka bywała tutaj od początku, ale jeszcze mi się nie znudziła. 
Powiązania, o tak! - Wdówka przeszłość ma bogatą, po obu stronach coś się znajdzie
Mordka wiadoma, karta zdecydowanie lepsza niż z ostatniej odsłony.  

3 lipca 2014

                                                                                   IDENTYFIKATOR   |  WIĘCEJ

Mimo iż jako jedna z nielicznych skorzystała na efektach M-Day, denerwujące okazało się wypowiadanie się o niej w czasie przeszłym, tak jakby wraz z końcem mutacji przestała się liczyć na arenie mutantów. W jednej chwili wszyscy pozapominali, że poza tym, że była mutantem, była również świetnie prosperującym w grupie łucznikiem, który nigdy nie pudłował i jedyną ludzką istotą, która została nordycką Valkyrią. Wraz z piastowaniem owego stanowiska, posiadła nadnaturalne zdolności, mimo to na każdym kroku musiała udowadniać, że dalej jest przydatna dla X-Menów. A była przecież świetnym strategiem, jeszcze lepszym liderem, człowiekiem lojalnym i współczującym, zdolnym do poświęceń dla członków swojej drużyny. Była wszystkim tym, czego X-Meni potrzebowali: przywódczynią, matką, przyjaciółką, a jednak została zepchnięta na margines i musiała zawzięcie walczyć o swoje.
Obecnie: przewiduje i przekupuje śmierć; dostrzega formy astralne; dosiada Brightwinda; świetnie radzi sobie z orężem; z całym szacunkiem dla Hawkeye: będzie najlepszym łucznikiem, jakiego kiedykolwiek znałeś;
Niegdyś: mutant, obdarzony umiejętnością przywołania trójwymiarowej iluzji; dar empatii; połączenie umysłowo-emocjonalne ze zwierzętami; manipulacja energią kwantową; 
W świecie pełnym telepatii, laserowych wzroków i szkieletów z adamantium była tylko dziewczyną. Zero mocy, nic specjalnego — tak mówili. Udowadnia im co dzień, że nigdy bardziej się nie pomylili, niż w chwili, kiedy ją zlekceważyli.

........................................................................................................................................
D A N I E L L E    M O O N S T A R.   MIRAGE.  Czejenka. Valkyria. X-Men. Dumny lider New Mutants. Przywódczyni, przyjaciółka, powiernik. Pełna sprzeczności i temperamentna. Mawiają, że współczucie będzie jej upadkiem.

1 maja 2014

LORNA   DANE   —    POLARIS

X-Factor Investigation
||  mistress of magnetism | alpha level mutant | changeling  ||
WIĘCEJ      POWIĄZANIA      IDENTYFIKATOR

18 września 2013

Z deszczu pod rynnę.


 Jego główna cecha to pesymizm posunięty do takiej skrajności, że staje się nieuświadomioną akceptacją statusu quo. Wszystkie zjawiska negatywne przyjmuje kiwnięciem głowy oznaczającym: wiadomo, wiadomo, nie może być inaczej. A więc to, że jest źle - jest normalne. Natomiast wszystkie zjawiska pozytywne przyjmuje sceptycznie, nieufnie. Nie stara się zmienić rzeczywistości - chce się od niej odciąć, izolować.
Ryszard Kapuściński — Lapidarium


Matilda Sanches była Szkotką z wenezuelskimi korzeniami, miała mały domek na przedmieściach, a na koncie kredyt do spłacenia i dwa rozwody. Cztery koty i lampka wina (najwyżej pięć...) skutecznie umilały jej samotne wieczory, a na wolnej stronie dwuosobowego łózka zawsze leżał laptop i paczka krakersów, niwelujące uczucie pustej przestrzeni. Matilda Sanches — mimo tego, że zdawała się być chodzącą perfekcją, co potwierdzały idealnie wyprasowane i dopasowane garsonki, i niebotycznie wysokie obcasy, którymi wściekle stukała o podłogę w holu muzeum, zapowiadając swoje przyjście — życie miała zaiste zwyczajne i szare. Wstawała punkt szósta rano, szykowała się do pracy, w której spędzała po dwanaście godzin dziennie z uśmiechem przyklejonym do twarzy, a  następnie metrem wracała do domu, po to tylko aby włączyć sobie kolejną z powojennych komedii romantycznych. Matilda Sanches — poza faktem, że była kustoszem muzeum sztuki hiszpańskiej, portugalskiej i Ameryki Łacińskiej — była również mutantem, daleko jednak jej było do superbohaterów, superzłoczyńców czy innych supermutantów. Światka przestępczego nie dotknęłaby nawet kijem, zaś w lateksowym ubraniu widoczne byłyby wszystkie dodatkowe i zdecydowanie zbędne kilogramy, których pozbyć się nie chciała, ani nie umiała. Żyła więc sobie spokojnie jak przeciętny człowiek, mocy swojej nie używała od lat (dosłownie!) i chętnie ignorowała fakt, że kiedy jest zdenerwowana niektóre przedmioty wokół niej zabawnie podrygują w takt nuconej w myślach Sanches piosenki. 
Matilda Sanches jednak, mimo ukrywania swoich umiejętności, zapadła się pod ziemię tak jak kilkanaścioro mutantów w ostatnich czasach. O zniknięciu kustosz muzeum policję powiadomił jej przełożony, sprawa została jednak odłożona na półkę ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, na której piętrzył się już pokaźny stosik akt. Policja wydawała się bezsilna wobec tajemniczych zniknięć i mimo iż dwoili się i troili, nie zdołali dojść do żadnych wniosków, załamywali tylko ręce i klęli nad papierowymi kubeczkami z gorącą kawą z automatu. Temat Matildy Sanches jako osobnej jednostki, a nie jednej z wielu zaginionych, wrócił na usta funkcjonariuszy wraz z kolejnym donosem, jakoby z domku kobiety wydobywał się przeraźliwy smród rozkładających się ciał. Donos nie odbiegał wybitnie od stanu rzeczywistego, a w kuchni znaleziono ciała trójki z czterech kocich podopiecznych. Diagnoza była jasna: niedożywienie i odwodnienie. Ostatni z kociaków, wychudły i w znacznej części pozbawiony sierści z powodu pasożytów, wykorzystujących jego osłabienie, został przewieziony do nowojorskiego oddziału SPCA*. Wraz z okrucieństwem wobec zwierząt wrócił temat nieodpowiedzialnej właścicielki – Matildy Sanches.



Lorna Dane kiwała głową ze zrozumieniem, słuchając wywodu jednego z Akolitów na temat obecnej sytuacji. Organizację niewiele interesował fakt zniknięć mutantów, póki nie dotknął ich szeregów, a w tajemniczych okolicznościach nie zapadł się pod ziemię jeden z członków organizacji. Eric Kleinstock, najbardziej odpowiedzialny i punktualny (jeżeli to słowo można byłoby z czystym sumieniem przypasować do któregokolwiek z Akolitów) mutant w szeregach organizacji. Młodzieniec zawsze zjawiał się na czas, aktywnie uczestniczył w posiedzeniach, których temat główny zazwyczaj schodził na trwające rozgrywki rugby, i dość rozważnie jak na swój wiek wybierał swoich wrogów. Od razu uznano go za zaginionego, nie dopuszczając do siebie myśli, że po prostu zrobił sobie chwilowe wolne i wróci jak gdyby nigdy nic po tygodniu włóczenia się po pubach. 
Gdyby nie zniknięcie Erica Kleinstocka, Lorna Dane nigdy nie dowiedziałaby się również o kolejnym przypadku porwania mutanta, którego znała. Matildę Sanches kojarzyła ze studiów, jeszcze z czasów swej, dość niepewnej i niepotwierdzonej przez nikogo (chodziły plotki, że Polaris urodziła się już zgorzkniałą kobietą przed trzydziestką...) młodości i chociaż uczęszczały na zupełnie inne zajęcia z racji odmiennych kierunków, stołówka Columbii i niezbyt apetyczne jedzenie potrafiły zbliżyć do siebie każdego. A Lorna Dane i Matilda Sanches miały ze sobą więcej wspólnego, nawet aktualnie, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. 
— Strzępki informacji w radiu i gazetach na niewiele nam się zdadzą. Będziemy błądzić jak we mgle zamiast skupiać się na ważnych sprawach. Genosha... — Polaris rzuciła od niechcenia, przesuwając wzrokiem po zebranych Akolitach i na dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na Simonie Hallu, który dotychczas przedkładał jej sprawozdanie. Reszta Akolitów zdawała się być już poinformowana o zaistniałej sytuacji, co pannie Dane zdecydowanie się nie podobało. Dlaczego musiała dowiadywać się wszystkiego ostatnia? 
— Genosha może poczekać — wtrąciła Amelia, szybko jednak się speszyła i spuściła wzrok, kiedy napotkała zabójcze spojrzenie siedzącego obok Allena. 
Genosha może poczekać — to było najbardziej nierozważne zdanie, jakie ktokolwiek powiedział w obecności Lorny Dane od dłuższego czasu, a trzeba zaznaczyć, że współdziałając z Akolitami nierozważne zdania zdawały się być codziennością, co podnosiło tolerancję dziewczyny dla głupoty. I cierpliwość, przyłapywała się na tym, że im dłużej przebywa z tymi mutantami, tym więcej pokładów cierpliwości jest w stanie odnaleźć w sobie, co chyba było dość pomyślną zmianą. Nikt już nie mógł powiedzieć, że zmiana stron nie dała jej niczego dobrego. 
Westchnęła pod nosem, zaś pod stołem wyciągnęła nogi do przodu, zajmując nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Przeczuwała, że ta rozmowa albo skończy się źle, albo będzie się ciągnęła w nieskończoność, zaczęła więc żałować, że nie wzięła ze sobą paczki żelek, które umiliłyby jej długie i nudne minuty spędzone tutaj. A tak miała jedynie kawę w uroczym, zielonym kubku, przypominającym żabę i malutki stosik ciastek, leżący na środku stołu, mający starczyć dla prawie dwudziestoosobowej organizacji. 
— Genosha jest ważniejsza, Ame... — zaczęła, nie dane było jej jednak dokończyć, bo w połowie słowa przerwało jej silne uderzenie pięścią o stół, które spowodowało, że połowa zawartości jej kubka wylała się na blat. Zanim Polaris zdążyła w ogóle zareagować, do wycierania plamy rzuciła się niemalże natychmiastowo Amelia. Po chwili Lorna zaczęła żałować, że nie zajęła się tym osobiście, bo kiedy ryk Benneta rozległ się w pomieszczeniu zmuszona była przenieść na niego spojrzenie, a tego wolałaby uniknąć.
— TO JEST WAŻNA SPRAWA! — Exodus poza faktem, że wyglądał zawsze, jak gdyby wyszedł dopiero z sauny, był władczy i nieustępliwy, najgorszą jego cechą jednak była porywczość. 
Lorna nauczyła się już nie podskakiwać zaskoczona za każdym razem, kiedy ten podnosił głos, dalej jednak uważny obserwator mógłby zauważyć jak dziewczyna wzdryga się ze strachu za każdym razem, kiedy Bennet du Paris wpadał w złość. O ile dla niektórych francuski akcent u Gambita wydawał się uroczy, o tyle u Exodusa był przerażający. Naprawdę PRZERAŻAJĄCY. Ogólnie w wyobrażeniach Lorny Exodus wydawał się być bardziej przerażający niż był w rzeczywistości, a rzeczywistość z urokiem mutanta nie obchodziła się raczej łaskawie. 
— Zapomniałaś Polaris o tym, co jest dla nas najważniejsze? Nie jesteśmy Bractwem... — Exodus przy tych słowach splunął w bok i wykrzywił się z pogardą, która zapewne nie oddawała nawet w połowie ogromu niechęci mutanta do tej organizacji. — ...jesteśmy Akolitami. Nie zostawiamy żadnego z nas w potrzebie. 
 — Tak, ale...
— Żadnego ale. Będzie jak powiedziałem. Genosha zaczeka, Eric jest ważniejszy. 
Pełne rozczarowania wzdychanie Polaris stało się chyba jej odreagowaniem na sytuacje kryzysowe. W tym momencie nie mogła nic zrobić, wbijała jedynie uporczywie wzrok w Exodusa, który posłał jej najohydniejszy w historiach świata uśmiech. Może w walce o Genoshę nie byłaby sama, zauważyła nawet, że Allen spuścił nos na kwintę i zaczął mamrotać coś pod nosem, nikt jednak nie był na tyle odważny, aby zabrać głos, kiedy oficjalne oświadczenie Exodusa zostało zakomunikowane światu. Exodus wychował ich na tyle dobrze, aby potulnie zgadzali się z jego decyzjami, a jedynym miejscem, gdzie mogli pozwolić sobie na malkontentyzm, były własne sypialnie. I to nie dawały one stuprocentowej szansy na to, że do uszu Benneta nie dotarłyby strzępki ich zdań. W końcu nigdy nie wiadomo gdzie przywódca Akolitów się czaił... Ciastka. Ciastka zniknęły, w ułamku sekundy, chociaż jeszcze przed chwilą pełny stosik leżał na talerzyku. I Delgado. Marco Delgado też zniknął. Trudno było przypuszczać po nim, że potrafi się wynieść z pomieszczenia z taką dyskrecją. Lorna Dane a.k.a amerykański Sherlock Holmes, tylko z większą dawką seksapilu i mniejszym natężeniem dziwactw i talentów, od razu skojarzyła że zniknięcie ciastek i Delgado ma ze sobą wiele wspólnego. Ciekawe czy z taką samą łatwością przyszłoby jej odnalezienie sprawcy porwań. Eric Kleinstock zapewne z takiego obrotu sprawy byłby bardzo ucieszony, inaczej jednak pewnie miała się sytuacja z Erikiem Lansherrem. Jeżeli myśleli, że to na jego marnotrawną córkę spadnie obowiązek poinformowania Magneto o postanowieniu Akolitów, to grubo się mylili. Nie zamierzała informować go, że dla członków jego Gwardii Królewskiej ratowanie jednego z ich braci jest ważniejsze niż dobro państwa, którego przyrzekli strzec. Nie zamierzała...



...nie zamierzała ojca informować o ich postanowieniu, była jednak członkiem Akolitów i dała się naiwnie wciągnąć w powtórzenie za większością: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Złudzeń co do tego, że Exodus pierwszy puściłby ją, gdyby wisiała nad przepaścią, nie miała, hipokryzja jednak była chorobą zadziwiająco dobrze działającą w obecnym społeczeństwie. Rozprzestrzeniała się jak zaraza, wpełzała do mieszkań i przyglądała się ludzkim związkom, powoli wsączając się w ich życie i zakotwiczając się w nim niczym roślina w ziemi. Nie zamierzała ojca informować o niczym, jeżeli jednak chciała, aby ich zamiary nie zostały przez niego wykryte, potrzebowała pomocy. Kogoś, kto nie tylko będzie posiadał wystarczającą moc, aby wraz ze swoją obecnością przynieść im w podarunku szczęście, nie tylko kogoś, kto potrafiłby mydlić oczy Magneto jak mało która osoba. Potrzebowała kogoś, komu mogła zaufać, a z grona wszystkich osób musiała niechętnie przyznać się, że Wandzie ufa jak mało komu. W końcu to z ich dwójki Wanda była tą, która nosiła teraz moralność jako swoją zbroję. 
Zanim jednak zwróciła się o pomoc do Wandy, sama postanowiła znaleźć jak najwięcej potrzebnych informacji, a co mogłoby jej pomóc w tym momencie bardziej niż internet? Jeżeli czegoś nie było w internecie, to nie istniało, przynajmniej tak słyszała. Z drugiej strony odpowiedzi na to, kto jest winny porwań również nie było, idąc więc wcześniejszym tropem porwania były ułudą i tak naprawdę nie istniały...? 
Długie godziny spędziła ślęcząc nad ekranem starego, stacjonarnego komputera, wlepiając w niego wzrok i co chwilę klnąc pod nosem, tak dla zachowania tradycji. Po pewnym czasie nie potrafiła zliczyć już ilości haseł wpisanych w wyszukiwarce, odwiedzonych portali, przeczytanych artykułów i przewertowanych forów, jedynie średnio co osiemnaście minut przecierała oczy z niedowierzania, że powstaje aż tyle teorii spiskowych. Większość z nich wydawała się być wyssana z palca, a i czasami ich absurdalność powodował uśmieszek na twarzy Lorny. Aż w końcu trafiła na hasło, którego nie znała, a które zaczęło następnie przewijać się przez treść wielu artykułów. 
Hadsereg Biró...
Google doprowadziło ją na wikipedię. Węgierską, jak się później okazało, chociaż dojście do tego zabrało jej chwilę. Wiedziała więc, że jest na węgierskiej wikipedii, a na głównej stronie widniała zakładka o Cesarskiej Armii Japońskiej. Jakiś trop był... Nieszczególnie przydatny, ale jak to mawiają: lepszy rydz niż nic. Hadsereg oznaczało Armię. Biró załadować. Razem wpisane w translatorze dawały wynik – Army Judge. Hasło to przeniesione w google wyszukiwało w pierwszej kolejności Judge Advocate General's Corps. JAG – Wojskowe Biuro Śledcze, taki tam serial jej się przypomniał, a skojarzenie okazało się właściwe. Wiedziała więcej niż wydawało jej się, że znajdzie, a jednak nie przybliżyło jej to ani trochę do poznania tożsamości osoby odpowiedzialnej za porwanie Erica Kleinstocka i Matildy Sanches. 
Jeżeli zebrane informacje były chociaż w części pomocne to mogła chyba z czystym sumieniem wykluczyć Apocalypse'a jako odpowiedzialnego za porwania. Od początku wskazywała jego jako głównego podejrzanego, widocznie jednak bardzo się pomyliła. A szkoda, miło byłoby zobaczyć jak ogół mutantów i nie-mutantów radzi sobie z samym Apocalypsem, to byłaby niemała gratka. Bo Apocalypse był... po prostu Apocalypsem, na dźwięk jego imienia drżeli wszyscy rozsądni. 
Zdecydowanie przydałaby się jej pomoc Wandy...



Zdecydowanie przydałaby się jej pomoc Wandy, sęk w tym że dziewczyna wsiąknęła pod ziemię i nigdzie nie można było jej znaleźć. Na temat miejsca jej pobytu nie mieli informacji ani Akolici, ani nawet Magneto, który obecnie zdawał się być nawet tą sprawą nieszczególnie zainteresowany. Wiadomości jakoby nie wróciła ponownie w szeregi Avengersów, były niesprawdzone, jednak Lorna miała prawo przypuszczać, że są jak najbardziej prawdziwe. Gdziekolwiek podziała się Wanda, Polaris była na nią wściekła. Wściekła. A wściekła Polaris była tykającą bombą zegarową, gotowa do zdetonowania w każdym możliwym momencie. 
Ani razu, kiedy zielonowłosa zjawiała się przed drzwiami apartamentu panny Maximoff w pałacu Genoshy i całowała jedynie klamkę drzwi wejściowych, nie przeszło jej przez myśl, że jej zniknięcie może nie być wynikiem decyzji Wandy, a porwania. Lorna Dane była święcie przekonana o tym, że Wanda potrafiłaby porazić sobie w każdej sytuacji i nikt nie jest dla niej realnym zagrożeniem. Lorna Dane doceniała siostrę, wielkim błędem byłoby niedocenianie jej. Lorna Dane jednak wiedziała również jak bardzo Wanda działa jej na nerwy i czasami, resztkami sił, powstrzymywała się przed wygarnięcie wszystkiego przyrodniej siostrze w twarz. Gdyby teraz Wanda zechciała łaskawie pojawić się i dać znak, że żyje, czekałaby ją niezwykle długa tyrada. 
Ale Wanda się nie zjawiła, a Lorna nie miała czasu, aby zebrać wszystkie swoje błyskotliwe uwagi na temat zachowania Wiedźmy na papierze. Za to zjawił się ktoś inny – ktoś z na tyle ciężką pięścią, aby jednym uderzeniem w głowę powalić ją na kolana, a drugim pozbawić przytomności, zanim zdążyłaby nawet mrugnąć powieką.



Nie wiedziała czy obudził ją tępy ból głowy czy głośnie skrzypnięcie zardzewiałych drzwi, szybko jednak dotarło do niej, w jakie kłopoty się wpakowała. Nieważne jednak jak długo by się zastanawiała nad tym, czym zawiniła, nic konkretnego nie przyszłoby jej do głowy —  ostatnim czasem była łagodna jak baranek i siedziała cicho jak mysz pod miotłą. Nikomu nie wadziła, wszystkich unikała, a nawet nawiązała nikłą nić porozumienia z Wolverinem. Nikłą, wystarczająca jednak, aby przy najbliższej okazji nie pałał rządzą rozpłatania jej gardła swoimi pazurami. Musiało chodzić o urazy z przeszłości (ignorowała bardzo fakt, że trzy miesiące wstecz to nie jakaś odległa przeszłość, która pozwoliłaby na zaleczenie ran), a tych było od groma.
Tępy ból głowy i gardła. Czuła się tak jakby ktoś próbował zmiażdżyć jej gardło, w połowie drogi jednak rezygnując z tego zamiaru i uznając że nie przyniesie to żadnych korzyści. Wszystko ją bolało, czuła każdy mięsień ciała, ręce miała przykute nad głową do łańcucha, który swobodnie zwisał z sufitu, a obecna pozycja nie pozwalała jej na wygodniejsze usadowienie się na podłodze. Było cholernie zimno, wilgotno i śmierdziało stęchlizną. Piwnica? Cztery metry na cztery i nic w pomieszczeniu poza prowizoryczną pryczą i wiadrem z wodą, do których i tak nie była w stanie dosięgnąć. 
Nie dopatrzyła się jednak żadnego śladu szczurów, o tyle dobrze. 
Wisiała tyłem do drzwi, a obrócenie się w ich stronę graniczyłoby z cudem, zanim jednak spróbowała zerknąć z kim ma do czynienia, owa osoba zatrzasnęła za sobą drzwi, pogrążając pomieszczenie w półmroku. Świetnie, było zimno, wilgotno, ciemno i śmierdziało stęchlizną. Lepiej trafić nie mogła, ktoś nie życzył jej zbyt dobrze. 
Kolejne minuty, godziny (?) spędziła na próbie ignorowania bólu i gęsiej skórki na ramionach oraz szarpaniu się z łańcuchem, który jedynie pobrzękiwał smętnie z każdym jej ruchem. Im bardziej próbowała uwiesić się na nim, mając nadzieję, że jej ciężar ciała (niewielki, bo niewielki, ale zawsze jakiś) zerwie go z sufitu, tym bardziej kajdanki wbijały się w jej skórę, najpierw nieznacznie ją obcierając, a następnie przecierając aż do krwi i mięsa. Najpierw jęczała, stękała i warczała, na tyle na ile pozwalałoby jej na to zapuchnięte gardło, potem pozostał jedynie bezsilny szloch. 
Zanim jednak w drzwiach zjawił się ON, ucichła i uspokoiła się. Bujała się jedynie na łańcuchach w przód i tył, starając się usiąść na podłodze, zamiast wisieć z rękoma uniesionymi do góry cały czas. Otępienie było najlepszym wyjściem. Wyłączyć się, schować w głębi, przestać odczuwać i mieć nadzieję, że wraz z emocjami odejdzie fizyczny ból. Nie odszedł. 
On też nie odszedł, stał w drzwiach kilka minut, przyglądając się jej w milczeniu, co jakiś czas uderzając końcem swojej laski o kamienne ściany.     
—  Nie jestem szczególnie zdziwiony tym, że próbowałaś się uwolnić. 
W końcu się odezwał i chociaż początkowo nie pojawił się w polu jej widzenia, od razu poznała jego głos. Dopiero po chwili ruszył do przodu, stając naprzeciwko dziewczyny. Końcem laski dotknął jej podbródka i podniósł go nieco, zmuszając Lornę, aby spojrzała na niego. Wyglądał tak jak zawsze – lata upływały, on zdawał się nie starzeć, a bezczelny uśmieszek na jego ustach dalej był jego znakiem firmowym. —  Pytasz się, dlaczego tutaj jesteś i dlaczego nie czeka na Ciebie czerwony dywan, królewska kolacja i wyjaśnienia? 
O nic się nie pytała, właściwie z trudem przełykała ślinę, nie mówiąc już o wydaniu z siebie jakiegokolwiek odgłosu, a jednak jej wzrok musiał wyrażać więcej niż milion słów. Wbijała w niego natarczywe, mordercze spojrzenie i mogła przypuszczać jedynie, że wygląda teraz jak dzikie stworzenie złapane w sidła. Stworzenie, które nie wie które emocje przeważają —  zdziwienie, strach czy wściekłość. Rozbawienie w jego głosie jedynie pogarszało sytuację.
—  Ujmę to tak, kochana: będziesz współpracowała to dostaniesz lepsze warunki. Teraz... nie wyglądasz na skorą do współpracy —  zauważył, cmokając pod nosem z niezadowoleniem i wskazując podbródkiem pokrwawione nadgarstki dziewczyny. —  Jestem jednak pewien, że dokonasz słusznego wyboru, nie chciałbym patrzeć jak marniejesz. Jak nikt inny czerpię radość z piękna, wiesz o tym przecież. Wiesz o tym, prawda Epidemio? 
Epidemia wiedziała jedynie, że znalazła się w najgorszym miejscu na świecie, a błysk w oku starego znajomego i cicha melodia, którą zaczął nucić, ruszając do drzwi, jedynie to potwierdziła.

_____________________________
*SPCA – Society for the Prevention of Cruelty for Animals. Animal Planet się kłania.
Przeredagowałam moją notkę z Wandą, bo żal byłoby mi stracić to, co napisałam, mam nadzieję że Helson nie będzie zły. Jest tu trochę o aktualnym evencie, a trochę o prywatnych kłopotach Lorny z... Panem X. Nie zdradzam kim on jest, ale zaręczam że dobrze go znacie. I kochacie. A jak nie kochacie to pokochacie.
Dziękuję Helsonowi i mojej połowicznej becie ;)

29 sierpnia 2013

Gdy słaby wchodzi w so­jusz z sil­nym, słaby po­nosi koszta sojuszu.




Zemsta to najpotężniejsza niszczycielska siła wszystkich Dziewięciu Światów. Zemsta jest w stanie zatruć Yggdrasil od wierzchołka po najdrobniejsze korzenie, jest w stanie przemienić każde piękno w gnijącą brzydotę, jest w stanie zmiażdżyć, roztrzaskać i obrócić w proch każdą świętość, każdą wartość i każdą najczystszą nawet relację. Zemsta, niczym Saturn i rewolucja razem wzięci, pożera własne dzieci, ale tylko pod jednym warunkiem – jeśli poddający się sile ślepego, bez końca wzbierającego gniewu nie potrafią żyć z nim w zgodzie. Jeśli pozwalają kontrolować się własnemu obłędowi, zamiast kierować go przeciwko temu, który w założeniu miał stać się ofiarą. Jeśli mają skrupuły, jeśli chcą pojednania, jeśli nie są gotowi na stratę wszystkiego, a ich wzniosłe plany nabicia głowy wroga na halabardę kończą się kopnięciem w kostkę i ucieczką. Zemsta to najcudowniejszy prezent, jaki sam sobie może wręczyć silny człowiek.

Kłamca ułożył już swój plan zemsty – długofalowy, rozsądny i doskonały. Doskonale szła również jego realizacja, dopóki na scenę nie wkroczył tajemniczy złoczyńca, który swoimi działaniami zupełnie przyćmił Lokiego, a ten w założeniu miał być doskonale widoczny. Widoczny pod postacią znikających dokumentów, zamieszania, prawdziwego chaosu o nieznanym źródle, szumu informacyjnego, rozpędzającego się obłędu. Żeby to miało szanse powodzenia, musiał być jedyną gwiazdą wieczoru, a skoro konkurent nie mógł przejechać twarzą po betonie pod sceną, Kłamca musiał znaleźć sobie innego wroga.
Phil Coulson wyprowadzał Lokiego z równowagi. Nie tylko był podstarzałym kawalerem, który interesował się głównie umięśnionymi chłopcami w kostiumach przeterminowanych o kilkadziesiąt lat, ale również śmiał zmartwychwstać. A Kłamca nie lubił, kiedy jego ofiary wracały do świata żywych, zwłaszcza jeśli same prosiły się o śmierć, chociaż mogły jej w bardzo prosty sposób uniknąć – nie występując przed szereg. Mordowania całej załogi fruwającego Tarczowego cuda nie było przecież w planie, a ten idiota z syndromem bohatera musiał się wychylać.
Tym razem Phil Coulson był istotnym elementem układanki – jego śmierć pogrążała S.H.I.E.L.D., który bez najwierniejszego giermka i najlepszego agenta w jednym stawał się całkowicie bezradny wobec niewidzialnego wroga. Agencji zaszkodzić mogła jeszcze bardziej strata wiernego i nieśmiertelnego sojusznika w postaci Sif, która sama w sobie nie była dla Tarczy istotna, ale utrzymywała w ryzach Thora. Podobno. I podobno była dla niego ważna, on zaś podobno ważny był dla S.H.I.E.L.D.-u. Urocza zależność, z której Kłamcy żal było nie skorzystać.
Drobna korekta planu działania, a cieszy jak rozpierducha z udziałem kosmicznej armii i flotylli dziwacznych statków obdarzonych szczątkami własnego intelektu i bardzo dużą siłą.
Po co? A to musi być jakiś cel? Czyste, odpowiednio ukierunkowane szaleństwo i chęć szkodzenia nie wystarczą? Te midgardzkie standardy czynienia zła nigdy nie przestaną Lokiego zadziwiać. I to szukanie podtekstów, drugiego dna, filozofii. Bezsens, w dodatku przekombinowany. Kłamca chciał jedynie opaść na wygodny obłoczek zemsty, zanurzyć w nim ręce, zamknąć oczy i cieszyć się chwilą, zapominając po pewnym czasie, do czego to wszystko miało w założeniu prowadzić. Proste. Zbyt proste jak na percepcyjne możliwości mieszkańców Midgardu, którzy nie rozumieli idei zemsty dla samej zemsty, bez kretyńskiego doszukiwania się głębi.

Phil Coulson parkował samochód w sektorze gwiazd, w rzędzie największych VIP-ów Tarczy, którzy mieli nie tylko plakietki ze zdjęciem i nazwiskiem na słupie przy swoim wyznaczonym miejscu, ale i – co ważniejsze – najbliżej do windy. I najbliżej do całego arsenału kamer monitoringu, więc nie dało się tak po prostu zjechać na dół w agenckim przebraniu, podłożyć wyprowadzonego z magazynu materiałów siejących zagładę niewielkiego (ale skutecznego) ładunku i odejść w swoją stronę, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Kłamca nie musiał jednak działać konwencjonalnymi metodami, a błogosławieństwo boskich możliwości zawierało w swoim arsenale pojawienie się za samochodem Coulsona, całkowicie poza zasięgiem kamer, podłożenie ładunku i rozpłynięcie się w powietrzu.
To był, swoją drogą, cudowny wynalazek, stworzony przez Tarczowych speców w jednym tylko celu – spektakularnego, niepozostawiającego śladów i skutecznego wysadzania samochodów. Elementy ładunku rozkładały się zaraz po wybuchu i mieszały z bałaganem powstałym po samej eksplozji.
Pistolet z lufą skierowaną w stronę strzelającego. Doskonale.

*

Błysk świateł karetek skutecznie uniemożliwił spokojny sen mieszkańcom tej części Nowego Jorku. Większość z nich od dobrych czterdziestu minut stała w oknach, obserwując uważnie jak kilkunastu sanitariuszy i cała rzesza agentów Tarczy uwija się jak w ukropie wokół zniszczonego doszczętnie samochodu Phila Coulsona. Nie było pewności, czy bomba w aucie jednego z najbardziej znanych agentów była kolejną częścią demonicznego planu osoby stojącej za zniknięciami mutantów i klonami Mścicieli, ale prasa już dopowiadała swoje, tłocząc się przy taśmach oddzielających miejsce zdarzenia od całego tłumu gapiów. Sif nie była do końca pewna gdzie jest, więc nerwowo wyglądała zza ramienia jednego z ratowników, siedząc na brzegu karetki.
Jej obrażenia były na tyle lekkie, że nie było konieczności zabierania jej do szpitala. Zaledwie kilka zadrapań i parę plastrów, które jeden z sanitariuszy uparcie próbował jej przykleić w odpowiednich miejscach. Do drobnych ran była przyzwyczajona, w końcu na polach bitwy zdarzały jej się poważniejsze wypadki. Bardziej niż o siebie, martwiła się o Coulsona i Kate. Żadna z osób biegających wokół wraku samochodu nie chciała jej udzielić żadnych informacji na temat ich stanu. Była gotowa nawet zapomnieć o całej sprzeczce z Agentem, choć rozpoczęta w siedzibie Tarczy rozmowa nie dawała jej spokoju. 
- Naprawdę, nie może mi pan powiedzieć tylko, czy wszystko z nimi w porządku? Obiecuję, ze dam się nawet zapakować do szpitala na całą dobę, tylko proszę mi powiedzieć, czy nic im nie jest... - mruknęła niemal błagalnie, gdy starszy sanitariusz po raz setny świecił jej latarką w oczy. – Mówiłam już panu, nic mi nie jest. Nic mnie nawet nie boli, to tylko parę draśnięć.
Pewnie jeszcze długo próbowałaby przekonać go o nieszkodliwości poniesionych w wyniku wypadku obrażeń, gdyby jej uwagi nie przykuł jeden z agentów. Stał przy wraku samochodu i krzyczał coś na tyle głośno, że wszyscy zgromadzeni na miejscu niemal od razu wbili w niego spojrzenia. Dopiero po chwili dotarło do niej jednak, co tak naprawdę wykrzykuje mężczyzna. Może nie było to zbyt profesjonalne i z pewnością nie było godne Agenta Tarczy, ale ów mężczyzna z pełną stanowczością wygłaszał swoje opinie na temat wypadku, rzekomo spowodowanego przez Sif. Odsunęła delikatnie sanitariusza i stanęła na nogi próbując lepiej wsłuchać się w wypowiadane słowa. W tym samym czasie z drugiej karetki wychyliła się postać Coulsona, który również z uwagą przysłuchiwał się agentowi. Po krótkiej chwili przeniósł swoje spojrzenie na Sif i szepnął coś do dwójki swoich ludzi stojących obok niego. 
- Co...? To... To jakieś bzdury – mruknęła pod nosem nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. 
James Stephenson nie został wybrany bez powodu; nie ślepy traf zdecydował o jego losie, ale pielęgnowane przez lata przymioty. James Stephenson po prostu nie chciał zmądrzeć – zdecydowanie wolał rozwiązywać problemy siłą, a do jej użycia miał wyjątkowe predyspozycje. Był po prostu agencyjnym tłukiem, w końcu każda poważna organizacja potrzebuje tarana z zakazaną mordą, który jednak nie pozabija wszystkich dookoła, kiedy dostanie broń do ręki. S.H.I.E.L.D. miał Jamesa Stephensona, jego zaciętą minę, skłonność do walenia w ryj przed dzień dobry i zadziwiające tempo biegu – pokonanie odcinka pomiędzy wrakiem samochodu a karetką zajęło mu tylko kilka sekund.
- Od kiedy ci wszyscy kretyni zaczęli spadać z nieba i traktować naszą pieprzoną planetę jako domek letniskowy, non-stop coś się dzieje! Idiota w hełmie z rogami rozwala pół miasta i morduje kilkaset osób w ciągu jednego dnia, idiota z młotkiem panoszy się jak książę i tak naprawdę tylko szkodzi, a gdziekolwiek ty się pojawisz, coś wybucha i zawsze są w to zaangażowani nasi ludzie! ZAWSZE! Macie swój piękny Asgard, siedźcie tam i podziwiajcie widoki, bo nikt was tutaj nie potrzebuje, zwłaszcza jeśli zajmujecie się rozpieprzaniem wszystkiego dookoła, sprowadzaniem kosmitów na Nowy Jork albo narażaniem życia agentów!
Kilka chwil zajęło jej wyjście z ogólnego szoku, który spowodowany był tą listą pobożnych życzeń nieznanego jej agenta. O ile w normalnych warunkach zwyczajnie zignorowałaby jego krzyk, to nie mogła sobie pozwolić na jawne oskarżanie ją o spowodowanie wypadku, z którym ona nie miała nic wspólnego. Zresztą, nie miała nic wspólnego z połową rzeczy, w które została wplątana wbrew swojej woli.
- To nie była moja wina! - powiedziała szybko, widząc coraz większe zainteresowanie ich rozmową. O ile nie miała nic przeciwko temu, że przyglądało się jej kilku agentów i trzech sanitariuszy w średnim wieku, to już zainteresowanie prasy nie było tym, czego teraz potrzebowała. – Ten samochód po prostu wybuchł, dlaczego mieszasz do tego mnie albo kogokolwiek z moich ludzi?
- Czyli masz tu, jak to określiłaś, swoich ludzi, tak?! A może ci twoi ludzie zajmują się sabotowaniem działań Agencji?! Latacie po tym mieście i, co ważniejsze, po najlepiej strzeżonych budynkach Tarczy jak swoi, tłumacząc się idiotyzmami o Odynie i Midgardzie, a wszystkim dookoła wydaje się to całkiem normalne! Jesteście bandą świrów, którym nie można ufać, bo jeśli któryś z agentów zostałby posądzony o cokolwiek z twoich przewinień, nie zdążyłby nawet oddać identyfikatora, bo już leciałby na twarz z roboty, a tymczasem tobie i całej reszcie kosmicznych koleżków wszystko uchodzi na sucho!
- Ale przecież to nie my! Od początku jesteśmy po waszej stronie, Thor jest Mścicielem! Przecież my nic... My nigdy... - Sif nie wiedziała, jak wybrnąć z tej sytuacji, nie wiedziała też jakie słowa przekonają wyjątkowo rozjuszonego agenta do jej racji. Ratownicy medyczni cofnęli się o kilka kroków, jakby Sif miała co najmniej zrobić im krzywdę jednym dotknięciem dłoni. Próbowała odnaleźć w tłumie Phila Coulsona albo Kate, ale ci rozpłynęli się w powietrzu, jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki. – Nie mamy z tym nic wspólnego, przysięgam!
- Udowodnij to! Tak jak musiałby to udowodnić każdy człowiek, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie i został o coś niesłusznie posądzony! – krzyknął Stephenson, wciąż nie racząc dziennikarzy nawet jednym spojrzeniem.
Flesze aparatów błyskały, a nagłówki popołudniowych i jutrzejszych wydań składały się do kupy w głowach kilkudziesięciu zaaferowanych reporterów. O to chodziło. Chodziło o wielką awanturę i wielką tajemnicę, która w szczególności zaszkodzi chwilowo osiadłym w Midgardzie Asgardianom.
Któż lepiej od Kłamcy wiedział, jak trudny był powrót w niesławie.
- Niby jak?! Jak mam ci to udowodnić?! Thor cały czas spędza w Avengers Mansion, Lokiego nie widział nikt od dawna,  i nie ma żadnych dowodów świadczących o tym, ze mogłam to zrobić ja... Głównie dlatego, że to nie byłam ja. Odkąd po raz pierwszy znalazłam się w Midgardzie, zawsze stałam po stronie Thora... Po stronie Tarczy – syknęła, robiąc kilka kroków w jego stronę. – Agent Coulson doskonale o tym wie.
- Ten sam Agent Coulson, który po raz drugi niemal nie zginął dzięki asgardzkiej ochronie.
- Nie masz prawa wysnuwać tak daleko idących wniosków, jeżeli nie chcesz słuchać prawdy na temat tego, co się naprawdę stało – mruknęła wściekle, mierząc go spojrzeniem. – Nie masz prawa mnie osądzać, jeśli nawet mnie nie znasz... – dodała, mijając go i idąc w kierunku ciemnej uliczki. Czuła na sobie wzrok zgromadzonych na ulicy tłumów i wciąż słyszała za sobą irytujący dźwięk aparatów fotograficznych. 

*

Skierowanie wszelkich podejrzeń na Asgard nikomu nie mogło wyjść na dobre. Oczyma wyobraźni widziała jutrzejsze nagłówki gazet sugerujące, że to Thor z całym asgardzkim zapleczem, stoją za całym złem, które ostatnio postanowiło wypełznąć na ulicę. Chciała się wytłumaczyć, jakoś wybrnąć z całej sytuacji, ale nie miała żadnych dowodów poświadczających jej niewinność. W dodatku jakikolwiek kontakt z Thorem był w tym momencie niemal niemożliwy, bo była więcej niż pewna, że nawet jeżeli Tarcza nie wzięła na poważnie słów swojego agenta, to i tak z pewnością obstawiła okolice Avengers Mansion. Sif miała jedno wyjście – zniknąć, przynajmniej na kilka godzin. Nie pokazywać się, nie wychylać, po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Wiedziała, ze jeśli Coulson (albo którykolwiek z jego ludzi) będzie chciał ją znaleźć, to i tak to zrobi. Pozostawało jej tylko czekać na dalszy rozwój wypadków. 
Niewielki, zatęchły pub w podejrzanej dzielnicy wydawał się być idealnym miejscem na schowanie się przed całym światem. Pchnęła mocno metalowe drzwi i od razu skierowała się do baru, za którym stał niecałkiem już młody barman.
- Co podać, złociutka? – powitał ją i uśmiechnął się, ukazując rząd zepsutych, nierównych zębów.
- Cokolwiek. Może być podwójna wódka... Z lodem – dodała, a mężczyzna od razu chwycił jedną z większych butelek.
- Ciężki dzień, co? - Wskazał wolną ręką na świeże zadrapania na dłoniach. – Ale spokojnie, jutro będzie lepiej - dodał wesoło, stawiając przed nią pełną szklankę.
- W tym problem, że chyba będzie tylko gorzej. - Przesunęła w jego stronę pięciodolarowy banknot, po czym chwyciła szklankę i ruszyła w stronę jednego ze stolików, stojących w tylnej części knajpy. Usiadła na jednym z rozlatujących się krzeseł i od razu wzięła solidny łyk chłodnego napoju. Słysząc, że ktoś odsuwa krzesło stojące naprzeciwko niej, jedynie obróciła szklankę w dłoni.
- To nienajlepszy moment.
Kłamca znał odpowiedni moment. W końcu sam go zaplanował, a kilka długich i obfitujących w okazje do ćwiczeń stuleci nauczyło go nie popełniać błędów w rozeznaniu na terenie wroga i prowadzeniu działań zaczepnych. Nikt nie będzie szukał Sif, bo to nie ona kwitła na masowo przecenianych kubkach, koszulkach i długopisach, ale jego fotogeniczny, idealnie wymiarami dopasowany do szklanego ekranu brat, a więc i to nie asgardzka wojowniczka ściągnie na siebie oczy kamer, ale asgardzki tłumok.
Dał jej czas na znalezienie bezpiecznej kryjówki, na odszukanie odpowiednio ciemnej nory do zagrzebania się i przeczekania medialnej nagonki, na wciśnięcie się w sam kąt dusznej sali i zniknięcie pośród papierosowego dymu i oparów z taniego piwska. Miała swoje czterdzieści kilka minut na uspokojenie oddechu, rozmasowanie bolących miejsc i dokładne owinięcie się skórzaną kurtką. Był z nią cały czas – jako niezbyt rozgarnięty dziennikarz, który przez kilkaset metrów szybkiego spaceru w niekonkretnym kierunku usiłował jeszcze robić jej zdjęcia, jako trójka przypadkowych przechodniów, podążających przypadkowo w tym samym przypadkowym kierunku, jako początkujący biznesmen, wciąż jeszcze mieszkający w kiepskiej okolicy, bo dopadł go dylemat pomiędzy drogim garniturem a przyzwoitym mieszkaniem. I teraz też był z nią – jako Loki. Loki w dobrze skrojonym garniturze, ze szklanką niskogatunkowej whiskey w ręce, bez zbroi, peleryny, hełmu z rogami i zainteresowania wokół tych niepasujących do współczesnej midgardzkiej mody męskiej atrybutów.
- To doskonały moment, Sif.
Podniosła wzrok i wstrzymała oddech. Gdyby okoliczności były inne, z pewnością wywróciłaby chybotliwy stolik i próbowała dorwać się do jego gardła, choćby miała to przypłacić zwróceniem na siebie uwagi, której teraz nie potrzebowała. Z pewnością chwyciłaby jakikolwiek ostry przedmiot, by w efekcie wbić go w jakiekolwiek miejsce na ciele Lokiego. Zamiast tego jedynie ponownie opuściła głowę i z uwagą spojrzała na swoje poranione dłonie, zupełnie jakby miała znaleźć w nich jakąkolwiek odpowiedź na dręczące ją pytania.
- Czego chcesz?
- Porozmawiać – odpowiedział, czując jak podstępny, dobrze skomponowany z jego twarzą uśmieszek wycofuje się do domysłu. Omiótł spojrzeniem jej przygnębioną twarz, jej podrapane, niespokojne dłonie i zawiesił wzrok na przymkniętych oczach. Była zaszczutą, zdenerwowaną dziewczynką, która nie mogła wrócić do domu i tęskniła nawet za bólem polewanych eliksirami świeżych bitewnych ran. Była celem idealnym.
- Już dawno przestaliśmy mieć powody do wspólnych rozmów, Loki. Zdradziłeś swojego Ojca... Swojego brata... Nas wszystkich. Na własne życzenie straciłeś prawo do jakichkolwiek rozmów ze mną. - Zacisnęła dłonie w pięści, patrząc na niego uważnie.
- A teraz mój ojciec nie martwi się twoim losem od kiedy opuściłaś Asgard. Thor natomiast nie interweniuje w twojej sprawie, chociaż wszystkie media z uporem maniaka odtwarzają nagranie, na którym pomiata tobą żałosny Midgardczyk. Tobą, boginią!
- Thor musi teraz dbać o siebie. Jest oskarżany przez ludzi, których tak kocha, nie jest mu łatwo... - Pokręciła głową, próbując ze wszystkich sił usprawiedliwić Gromowładnego, poczym upiła łyk wódki. – Odyn nigdy nie mieszkał się w sprawy Midgardu, dlaczego miałby to robić teraz? A ja... Ja nie jestem boginią. Nie tutaj.
- Jak możesz na własne życzenie pozbawiać się siły, którą mogłabyś dysponować? Jesteś boginią, jesteś wyjątkowa i niegodna obrywania w twarz od midgardzkiego prostaka, którego powinnaś była zabić i którego zabiłabyś, gdyby nie ten niedorzeczny pomysł z opuszczeniem Asgardu.
- Zabiłabym i co? - powiedziała szybko. - Sprowadziła wojnę na Asgard? Oni tylko czekają, Loki. Tylko czekają na wskazanie winnych, których mogliby pociągnąć do jakiejkolwiek odpowiedzialności. Tylko czekają na jeden niewłaściwy ruch. Nie obchodziłoby ich to, ze to nie my za tym stoimy. - Zawiesiła głos, lustrując uważnie jego twarz. - Przybyłam tu za nim. I nie mogę działać na jego niekorzyść. Wiesz, ile dla niego znaczą, wiesz ile poświęcił, żeby do nich wrócić. - Przełknęła głośno ślinę. – Nie potrzeba nam kolejnej wojny, nie takiej przeciwko sobie.
- Nie chcę wojny. Nawet gdybym chciał, musiałbym ją sam tu sprowadzić, bo Midgardczycy nie są w stanie zaatakować żadnego z pozostałych światów, są zbyt słabi, zbyt zamknięci na prawdę o wszechświecie, której nie widzą. Widzą tylko to, na co pozwalają im teleskopy i komputery, nie chcą naszej mądrości… Prawdziwej mądrości. Nie czułaś się traktowana jak idiotka, kiedy próbowałaś opowiedzieć komukolwiek tutaj o Asgardzie?
- Czułam się tak samo jak podczas próby obsługi komputera po raz pierwszy. Czego ty tak naprawdę chcesz, Loki? I jak mnie tu znalazłeś? Sądziłam, że po naszym ostatnim spotkaniu raczej raz na zawsze zejdziesz mi z drogi.
- To nie jest nasze miejsce – powiedział, ignorując zupełnie jej wcześniejsze słowa i po raz kolejny obracając szklankę w dłoniach. Ta była jedynie peleryną niewidką, dzięki której stawał się po prostu kolejnym klientem podrzędnej knajpy. Pewnie takim, który zabłądził w drodze z dzielnicy finansowej, ale mimo wszystko wciąż tylko elementem wystroju, ładniejszym od większości pozostałych. – Jeśli Thor chce siedzieć ze swoimi ukochanymi ludźmi, niech siedzi, niech daje się tłamsić i dopasowywać do ich standardów. Jesteśmy wyżej w hierarchii nie bez powodu, a ty jesteś lepsza niż to, lepsza niż tania wódka w taniej szklance i zapijaczone ryje dookoła. Lepsza niż pierwszy lepszy agencik, który może zrobić z tobą co chce i skierować twoją wyższość przeciwko tobie.
- Przestań! - poniosła głos, na krótką chwilę zwracając na siebie uwagę kilku klientów. Ci jednak stwierdzili, że są przypadkowymi świadkami zwykłej kłótni dwójki znajomych, więc jedynie powrócili do brudnych kufli piwa i cicho puszczonego meczu na jednym z wielkich telewizorów wiszących pod sufitem.
Choć bardzo nie chciała tego słuchać, Loki miał rację. W Midgardzie była jedynie zwykła dziewczyną, która próbowała zawojować świat. Niestety, ten świat jej nie chciał, nie potrafił jej zrozumieć i, przede wszystkim, nie traktował jej tak, jak powinien. W Asgardzie była kimś, była bóstwem, podziwianą wojowniczką. Na jej widok ludzie pochylali głowy, a wielu marzyło by stanąć z nią ramię w ramię na polu bitwy. Tutaj mogła jedynie zdobywać kolejne sale treningowe, bo nikt z Tarczy nie powierzyłby jej żadnej misji. Nie była jednym z nich, była jedynie dziwną znajomą Thora, która mocno trzymała kciuki, podczas gdy on zdobywał uwielbienie tłumów. Była tłem, drugoplanowym bohaterem; i znosiła to dobrze, dopóki ludzie, których uważała za przyjaciół, nie zaczęli się od niej odwracać plecami. A Thora nie było obok, kiedy najbardziej go potrzebowała.
- Nie mam racji? Przeżyłaś kilkaset lat chwały, żeby skończyć w tym rynsztoku, gdzie nikt nie traktuje cię z należytym szacunkiem i nikt nawet nie próbuje cię zrozumieć? – pytał, dopasowując ton i wyraz twarzy do roli skruszonego partnera, który właśnie zabrał się porządnie za podkulanie ogona. Oboje dobrze wiedzieli, że to gra, która nie byłaby potrzebna, gdyby okoliczności rozmowy ich do niej nie zmuszały.
- To był mój wybór Loki. Nikt nie zmuszał mnie do przybycia tutaj. Nikt nie kazał mi podążać za Thorem. To była moja własna decyzja... - powiedziała całkiem spokojnie, zdając sobie sprawę z własnego położenia. Nie mogła bezczynnie czekać w Midgardzie na dalszy rozwój wypadków, nie mogła też wrócić do Asgardu, bo jej nagła ucieczka mogłaby zostać potraktowana jak zwyczajne przyznanie się do wszystkiego, o co została oskarżona. Była zawieszona  między dwoma światami, między lojalnością wobec Thora a chęcią zmiany wszystkiego, choć był to prawdopodobnie najgorszy czas na jakiekolwiek zmiany. - I teraz muszę ponosić jej konsekwencje.
- Czy jego miłość naprawdę jest taka szczera i wielka, skoro nie obchodzi go, czy chociażby odpowiada ci to miejsce? Nie wydaje mi się.
- Miłość? Jaka miłość? - prychnęła, próbując ukryć narastające w głosie rozżalenie. - On kocha tylko tych ludzi... Kocha ich codzienne zajęcia i to, jak przejmują się drobnostkami, chociaż wcale nie powinni. Kocha ich historię i ich przyzwyczajenia, chociaż nie rozumie połowy rzeczy, które robią. Nigdy nie mogłam konkurować ze śmiertelnikami... Chyba na siłę próbowałam sobie wmówić, że mój pobyt tutaj coś zmieni - przytaknęła sama sobie, po czym dopiła wódkę i wstała z miejsca. – Miłości nie ma Loki. Nigdy jej nie było.
Dawno niewidziany uśmieszek powrócił na swoje prawowite miejsce, a Loki przelał zawartość swojej szklanki do tej, która została na stoliku. Może resztki czterech kostek lodu zneutralizują nieco smak tej paskudnej whiskey, na pewno za to zatrzymają Sif jeszcze przez kilka chwil, Kłamcy pozostawiając możliwość zrealizowania planu bez konieczności jego zmiany.
- Usiądź, proszę.
Spojrzała najpierw na szklankę, później na Lokiego i westchnęła pod nosem, odgarniając z czoła kilka kosmyków ciemnych włosów.
- Jestem zmęczona. Najpierw ta głupia teczka, potem ten wypadek... Chce odpocząć. Położyć się w średnio wygodnym łóżku i po prostu odpocząć, więc może odłożymy tę rozmowę na inny termin, co? Pamiętasz naszą walkę z Lodowymi Olbrzymami? Dzisiejszy dzień był znacznie gorszy.
- Mam bardzo wygodne łóżko, mieszkanie na uboczu i wino, którego smak będzie ci się dobrze kojarzył. Żadnych komputerów i żadnych dziennikarzy. Zapraszam.
Parsknęła śmiechem, poczym powoli usiadła na niewygodnym krześle i nachyliła się nieco w stronę Lokiego. Przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrywała się w jego twarz, którą za dawnych czasów widywała tak często, po czym wsparła głowę na ręce i uśmiechnęła się lekko.
- Naprawdę sądzisz, że po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, co zrobiłeś i powiedziałeś, po tym jak ściągnąłeś na Nowy Jorku hordę kosmitów, jak przejąłeś władzę w Asgardzie i jak sprzymierzyłeś się z wrogami, przyjmę twoje zaproszenie na spędzenie chociażby jednej godziny w twoim mieszkaniu z wygodnym łóżkiem i dobrym winem?
- Tak, dokładnie tak sądzę – stwierdził, podkreślając odpowiednio pewność w swoim głosie. Nie miał pojęcia, jak długo metoda ‘na bezczelnego chłopca’ była w stanie działać, ale z szeregu badań terenowych i prób wynikało, że kobiety pewność kręciła o wiele bardziej niż opowieści o lękach. Przynajmniej te przy zdrowych zmysłach, nieskrzywione przez gazetowe wydania melodramatów dla gospodyń domowych. – W obecnej sytuacji? Masz do wyboru mnie lub błąkanie się po Nowym Jorku, dopóki emocje nie opadną.
Przez chwilę zastanawiała się nad tym, co powiedział. Jeśli Tarcza faktycznie brała ją pod uwagę jako potencjalnego sprawcę całego zamieszania, jej mieszkanie z pewnością było obstawione. Jeśli miała pod oknami przynajmniej jeden samochód S.H.I.E.L.D-u, mogła zapomnieć o jakimkolwiek odpoczynku, bo służbowe auta podwładnych Coulsona w tej sytuacji oznaczały jedynie kłopoty. Z drugiej strony, pomoc zaoferowała jej osoba, po której kompletnie by się tego nie spodziewała. Musiała przyznać, że na miejscu Lokiego widziała raczej Thora albo kogokolwiek z asgardzkich wojowników, ale nie Kłamcę, który najwyraźniej wyciągał w jej stronę pomocną dłoń. Ile było w tym prawdziwej troski o jej osobę, a ile ukrytych zamiarów? Nie miała czasu na zastanawianie się nad takimi szczegółami. Zawsze mogła po prostu wbić mu w szyję kuchenny nóż. Nie czekając na choćby jeszcze jedno słowo niespodziewanego towarzysza, zapięła skórzaną kurtkę i ruszyła do wyjścia, dając sobie tym samym kilka dodatkowych chwil do namysłu.
Chłód nocnego Nowego Jorku nie zachęcał do spacerów. Sif zrobiła zaledwie kilka kroków w stronę najbliższej stacji metra, kiedy uświadomiła sobie, że tak naprawdę, nie przyjmując propozycji Lokiego, skazuje się na chwilowe życie pod obserwacją. Nie mogła zaszyć się u Kate, bo była na takim samym cenzurowanym jak ona. Wyciągnęła z kieszeni telefon i zerknęła na ostatnio wybierane połączenia. Wśród pierwszych pozycji rzucił jej się w oczy numer Demolki. Bezwiednie nacisnęła zieloną słuchawkę, tylko po to, żeby od razu się rozłączyć. Nie mogła przecież narażać na podejrzenia kogoś tak ściśle związanego z Tarczą.
Kłamca obserwował Sif przez szybę, która wyznaczała standard czystości szkła w tym lokalu. Przyglądał się jej, kiedy kręciła się w kółko, wydeptywała dziurę w chodniku i wpartywała się wyświetlacz telefonu, jakby tam miała nagle odnaleźć kogoś, kto zechce ją przyjąć w tej beznadziejnej sytuacji. Siedział na swoim miejscu, gotowy do kontaktu wzrokowego, gotowy do biegu – z napiętymi mięśniami i neutralnym wyrazem twarzy. Jakby się martwił, jakby się zastanawiał, jakby właśnie walczyli z kryzysem związku.
Była w kropce, a ludzie w kropce mogli jedynie usiąść na krawężniku i bezsensownie wpatrywać się w przestrzeń przed sobą. Może z asgardzkimi bogami było tak samo? Może powinna podkulić ogon i wrócić do ojczyzny, przyznając tym samym, że Midgard nie był najlepszym pomysłem na krótkie wakacje? Powinna zostawić Thora, wyimaginowany obraz luźnej współpracy z Tarczą i całe to przywiązanie do midgardzkich ekspresów do kawy. Odwróciła się w stronę baru i przez krótką chwilę przyglądała się siedzącemu wewnątrz zatęchłego pomieszczenia Lokiemu. Mimo całego zła, które niewątpliwie wyrządził, mimo tego jak bardzo go nienawidziła, był w tym momencie najbliższą jej osobą, co nie wróżyło dobrze na przyszłość. Bo jeśli to właśnie Kłamca oferował jej pomoc, to czy mogło być w ogóle gorzej?
Wyciągnęła przed siebie rękę i machnęła na nadjeżdżającą taksówkę, mając nadzieję że taksówkarz nie działa w zmowie z Tarczą i że ze środka samochodu nie wyskoczy na nią dziennikarz albo co gorsza – Wrzeszczący Anonimowy Agent.
To był sygnał, na który Loki tak wiernie czekał za brudną szybą. Znikający klient nie był tym, do czego przyzwyczajeni byli stali bywalcy tego lokalu, ale jednocześnie nie przyglądali się na tyle dokładnie, żeby zauważyć nagle pojawiającego się za oknem bliźniaka w trochę innym garniturze. Kiedy pierwszy Kłamca wstawał od stolika, wychodził z knajpy i za rogiem rozpływał się w powietrzu, drugi łapał Sif za rękę, obejmował ją ramieniem, przyciągając tym samym do siebie, i serwował jej pocałunek godny skruszonego i wyjątkowo namiętnego kochanka.
Ich przedstawienie trwało w najlepsze, realizacja jego planu również.
Tego się nie spodziewała, w zasadzie nie spodziewała się niczego, co miało miejsce odkąd opuściła tymczasową siedzibę sztabu kryzysowego Tarczy. Nie spodziewała się wypadku, nie spodziewała się przypadkowej sensacji, ani pojawiającego się przy jej stoliku Lokiego. Nie spodziewała się też tego, co właśnie zrobił i mimo szczerych chęci wypowiedzenia choćby jednego słowa, jedynie odsunęła się na wyciągnięcie ramion. Sif była w szoku, a to nie zdarzało się zbyt często.
- Idziesz? – zapytał, dając taksówkarzowi znak, żeby odjechał, co ów niezwłocznie uczynił. Grzebanie ludziom w umysłach było chyba zakazane, ale to przecież tylko delikatna sugestia i interes wart kilku dolarów, nie zaś  wielkie przestępstwo. Z drugiej strony… Czy Kłamcę w ogóle interesowało, co było dozwolone i dobrze widziane?
Choć było to z pewnością przejawem szaleństwa bądź urazu głowy spowodowanego wypadkiem, Sif przytaknęła w milczeniu, zaciskając lekko dłonie. Była niemal pewna, że początkowy brak jakichkolwiek większych powypadkowych ran był jedynie pozorny, bo z pewnością miała ciężki krwotok wewnętrzny, skoro zaczęła podejmować tak głupie decyzje.
Zwalenie winy na samochodową bombę było w tym momencie idealnym rozwiązaniem.
- Nie wiem, czy powinnam ci ufać.

- Masz kogoś innego, komu mogłabyś zaufać?

28 sierpnia 2013

Rzecz o paranoi

bo czasem domysły groźniejsze są od faktów...

     - Kate, zadzwoń do Bartona, powiedz mu że mamy coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego. Niech tu przyjedzie i po prostu to zabierze, albo niech wyśle kogoś... Kogokolwiek. Nawet Phila Coulsona!
     Okay, umówmy się: wszystko było tylko przeklętym rachunkiem prawdopodobieństwa. Świat był miejscem działań i liczb ustawionych w kolejności gwarantującej dojście do jasno określonego punktu. Każde niepowodzenie, każdy odniesiony sukces, każda wątpliwość, pewność, wyznanie i... kłamstwo. Chaos u stóp największego porządku. Więc skoro to prawdopodobieństwo decydowało o tym, co spotykało człowieka w nędznym ochłapie wieczności, jaką mu dano, cholernie niesprawiedliwie byłoby mu na to ot tak zezwolić. Czasem nielogiczne działanie, zachowanie, któremu daleko do odpowiedzialnego i pakowanie butów między czyjeś drzwi okazywało się najlepszym z możliwych wyjść, by skutecznie pokazać założeniom środkowy palec. Drugą z niepodważalnych prawd było natomiast to, że jeśli coś miało pójść nie tak, to z pewnością tak będzie.
     Kate i Sif stanowiły idealny dowód na to, że czasem ktoś rodził się ze wzmożoną potrzebą przyciągania kłopotów i doszukiwania się komplikacji wszędzie tam, gdzie ich nie było. A przynajmniej nie powinno być. Duet  skutecznie ograbiający rzeczywistość z resztek zdrowego rozsądku. O ile takie w ogóle istniały jeszcze w obrębie ich prywatnego świata. Świata, od którego inni, dla ich własnego bezpieczeństwa, powinni trzymać się możliwie jak najdalej.
     Nikomu nie przyszło jednak do głowy, że pozornie zwyczajne spotkanie w kawiarni opiewające w litry przesłodzonej kawy, czekoladowe ciastka i niezliczoną ilość słów bez najmniejszego znaczenia, zakończy się kolejną katastrofą, w której główną rolę odegra tym razem teczka wypchana po brzegi najpilniej strzeżonymi aktami agentów, podstawowymi informacjami opisujący każdy z aktywnych i nieaktywnych projektów czy nawet plany głównej siedziby Tarczy. Teczka, która wpadła w ich ręce przy okazji splotu kilku niezbyt fortunnych zdarzeń, a której chciałyby pozbyć się tak szybko, jak to tylko możliwe. Wiedziały oczywiście, że żadna z tych informacji nie powinna opuścić czyjeś pilnie strzeżonej szuflady czy sejfu. Wiedziały o tym tak dobrze jak o tym, że dwóch podejrzanie wyglądających mężczyzn, wybiegających za nimi ze wspomnianej wcześniej kawiarni, z całą pewnością nie chcą poprosić ich o numery telefonów czy wspólne zdjęcie.
     Dokładnie dwie minuty później zatrzaskiwały za sobą drzwi garbusa Kate, ruszając z miejsca w towarzystwie przyspieszonych oddechów i nieznośnego pisku opon wwiercającego się w uszy przypadkowych przechodniów. Stary, wysłużony samochód nie był przystosowany do brawurowej jazdy, którą raczono go zbyt często, ale był to prawdopodobnie ostatni punkt na zbyt długiej liście spraw, którymi powinny się teraz przejmować. Zniknęły za zakrętem dokładnie w tej samej w chwili, w której mężczyźni reprezentujący pewnie najmniej przyjazną grupę społeczną zdołali przedrzeć się przez dzielący ich tłum. Kate odetchnęła z ulgą, choć teczka spoczywająca teraz na kolanach Sif nie dawała jej spokoju. Trudno wszakże, by było inaczej. Nie zdarza się codziennie, że  pozycja półetatowego bohatera o podobno wątpliwym systemie wartości, zrzuca na kogoś widmo posądzenia o podróbkę miniaturowego zamachu stanu.
     - Dobra! – wrzasnęła, co sekundę kontrolnie spoglądając w jedno z lusterek - Co to miało być?!
     - A bo ja wiem? Nie znam się na tych wszystkich waszych ziemskich pościgach. Kto to w ogóle widział, żeby dziewczyny musiały uciekać przed jakimiś facetami? Zresztą, ZNOWU! Kate, mam poważne wątpliwości co do naszej znajomości.
     Cóż, Kate - nawet gdyby próbowała - nie mogłaby mieć jej tego za złe. Istniało naprawdę zbyt duże prawdopodobieństwo (sic!), że właśnie takie odczucia powinny towarzyszyć osobie, która nie straciła jeszcze reszty rozumu i jeśli ktoś w tym samochodzie mógł uchodzić za takiego szczęśliwca, szła o zakład, że byłaby to właśnie Sif.
      - Szlag by to trafił. Jakoś nie wydaje mi się, że zależy im na serwetce, którą wyniosłam z tamtej kawiarni, a na cholernej teczce, która wyrosła sobie ot tak, spod ziemi.
     - Mówię ci, dzwoń do Bartona. Niech powie, co mamy robić. Nie ubliżając nikomu, ale ty jesteś tylko POCZĄTKUJĄCĄ młodą dziewczyną współpracującą z Tarczą, a ja tylko turystką z Asgardu. Tutaj trzeba kogoś doświadczonego, więc dzwoń!
     - O nie, na pewno nie! – odmówiła kategorycznie, przywodząc na myśl naburmuszoną pięciolatkę, która usilnie próbuje postawić na swoim, mimo nieodpartej świadomości odgórnego skazania na porażkę. A może to wspomnienie o początkującej, młodej dziewczynie, które wyrwało się z ust jej towarzyszki ubodło ją aż tak bardzo? – Siedzi teraz na końcu świata w jakimś przeklętym Amsterdamie i lepiej dla niego, by w nim pozostał. Poza tym, wiesz ile w ogóle kosztuje takie połączenie?
     - Kate, do jasnej cholery! Goni nas dwóch facetów, którzy z pewnością nie chcą postawić nam drinka, mamy przy sobie dokumenty, które nie powinny wyjść poza siedzibę tarczy, a ty mówisz mi o kosztach połączenia?
     Okay, nie należało to może do dowodów potwierdzające jej zdrowie psychiczne, które i tak stanowiło pewnie pole niekończących się spekulacji, ale ktoś powiedział kiedyś, że tonący brzytwy się chwyta. Przyznanie się do wpakowania w kolejną zawodową porażkę zdawało się być jednak niczym, kiedy Kate odruchowo utkwiła spojrzenie w środkowym lusterku, dostrzegając w nich ciemny samochód i znajomą rejestrację. Zbyt znajomą.
     - Moje rachunku wciąż opłaca ojciec. A skoro już o nim mowa, spójrz w lusterko dobrze? Tylko proszę, nie wściekaj się.
Sif potrzebowała chwili, by zrozumieć specyfikę tego wydarzenia, ale Hawkeye nawet przez moment nie łudziła się, że uda jej się wyjść z tego bez udzielania zbędnych wyjaśnień.
     - Chcesz mi powiedzieć, że oprócz podejrzanych typów, którzy chcą nas dorwać, mamy jeszcze „ogon”?
     - Przynajmniej nie będą do nas strzelać, zawsze to jakaś nowość – odparła, przyspieszając delikatnie i bez uprzedzenia skręciła w jedną z bocznych uliczek. – Nie znasz mojego ojca, uwierz, że wolałabyś spotkać tamtych spod kawiarni niż jego, kiedy jest na mnie wściekły. Co swoją drogą zdarza się ostatnio bardzo często. No, ale powiedzmy sobie szczerze, oddałabyś miecz, gdyby ktoś ci kazał?
     - Nie wiem... Pewnie nie, ale co to w ogóle za pytanie? Chociaż... gdyby kazał mi to zrobić Odyn, pewnie głęboko bym się nad tym zastanowiła. W końcu to Odyn, prawda?
     - Nie znam faceta, ale jeśli zmusiłby cię do oddania broni, nie chcę nadrabiać zaległości – odparła zdecydowanie, ponownie nieostrożnie zmieniając kierunek jazdy. Nie chciała ryzykować, ale nie mogła pozwolić też na to, by ochroniarze jej ojca jeździli za nią beztrosko po całym mieście, kiedy w każdej chwili ulica mogła zamienić się w plac bojowy. – Mojemu ojcu nie do końca podoba się to, co robię ostatnio ze swoim życiem. Nazwał to dość... kłopotliwym hobby, rozumiesz.
     - Czy chcesz mi powiedzieć, że twój ojciec niekoniecznie wiedział o tym, że współpracujesz z Tarczą?
     - Niekoniecznie wiedział o mnie cokolwiek, póki moja durna siostra trzymała język za zębami i jakiś skończony idiota nie wpadł na ten pomysł z klonami. Nie uwierzysz, ale kretyńskie gazety wcale nie są aż tak kretyńskie i okazuje się, że czasem całkiem sprytnie łączą ze sobą fakty.
     - I teraz on chce, żebyś przestała wieczorami biegać na treningi i wszystkie potencjalnie niebezpieczne misje – domyśliła się.
      Potencjalnie niebezpieczne było tym określeniem, które stanowczo za bardzo podobało się Kate.
     - Och, na miłość boską – mruknęła w odpowiedzi, wjeżdżając w jedną z tych uliczek, które zazwyczaj dobrowolnie omija się szerokim łukiem - Bredził coś o wątpliwym wychowaniu i oddaniu was wszystkich do sądu, uwierzysz? To przez te cholerne gazety. Zaprosiłam pewną osobę na 4 lipca, później ta sama osoba, a raczej ktoś, kto wyglądał identycznie, pojawił się na kilku zdjęciach w paru szmatławcach, a mój ojciec nie zasila niestety stowarzyszenia Szczęśliwi i Głupi Ślepcy. Podobno obracam się wśród marginesu społecznego, sama rozumiesz....
     - Marginesu? Ja sobie wypraszam, ale ja nie jestem żadnym.. W zasadzie czym jest ten Margines Społeczny?
     Samochód zatrzymał się w miejscu, a Kate walczyła przez moment z silną potrzebą przyłożenia czubkiem głowy w sam środek kierownicy. Zamiast tego otworzyła drzwi i ignorując uczucie braku kontroli nad własnymi stopami, wyszła na zewnątrz.
     - To naprawdę nie jest coś, czym powinnyśmy się teraz zajmować – zapewniła, nieznacznie pochylając się tak, by Sif mogła ją bez przeszkód usłyszeć - A teraz, jeśli pozwolisz, skorzystam z okazji, schowam urażoną dumę do kieszeni i zadzwonię, skoro tak bardzo Ci na tym zależało.

     Kate nie wiedziała, czego dokładnie spodziewała się po nieplanowanej rozmowie z pierwszym właścicielem jej pseudonimu, do którego zdążyła się już przywiązać, ale z całą pewnością nie był to umoralniający monolog, którego musiała wysłuchać. Próbowała coś powiedzieć, ale każda próba kończyła się tak samo.
    - Mogłybyśmy po prostu...
    - Zamknij się. Biurowiec z szyldem kampanii proekologicznej. Skrzyżowanie Dziewiątej Alei i Gansevoort Street w dzielnicy Meatpacking. Pakujcie tyłki  do samochodu i jazda. Radzę się pospieszyć, bo ostatnie czego potrzeba teraz nam wszystkim, to kolejne kłopoty, które nam zapewniacie. Do cholery, Kate, znalazłaś sobie nowe hobby?!
     Był to właśnie jeden z tych licznych momentów, w których Hawkette pragnęła przerwać połączenie i wysłać telefon na bliskie spotkanie z jedną ze ścian, które otaczały teraz ją, Sif i ich samochód.
     - Ciebie też miło było usłyszeć, Clint – odparła ze słodką zajadłością, wsiadała do środka i nie tracąc czasu odrzuciła telefon na tylne siedzenie, nie zaprzątając sobie głowy takimi elementami jak pasy bezpieczeństwa czy spokojne ruszenie z miejsca. Miały się pospieszyć, będą się spieszyć. Choć zapewne zakorkowane, nowojorskie ulice nie miały być dla nich przyjazne.

     Od pewnego czasu tymczasowa siedziba Tarczy mieszcząca się gdzieś między jednym niepozornym budynkiem, a drugim, przypominała istne piekło na ziemi. Nie chodziło o twarzowy ceglany kolor ścian ani nawet o zbyt wąskie korytarze. Atmosfera, która panowała w środku, mogła spokojnie konkurować z tą, która prawdopodobnie odczuwalna była w piekle. Wszyscy agenci chodzili poddenerwowani, telefony dzwoniły bezustannie, a naczelny Pułkownik postanowił rozpłynąć się w powietrzu dokładnie wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny.
     Phil Coulson miał ochotę zwariować, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli on postanowi się poddać, to kilkunastu młodych agentów pójdzie jego śladem. Głównie dlatego spędzał w pracy maksymalną ilość godzin, a w prywatnym mieszkaniu zawiał się tylko wtedy, kiedy kończyła się  dość spora ilość służbowych, zapasowych koszul w szafie. Gdyby wiedział, co czeka go jeszcze tego dnia, prawdopodobnie strzeliłby sobie w głowę jeszcze przed śniadaniem. Powiadomiony przez trzydziestoletniego Agenta Mastersa o tym, ze dwie młode kobiety czekają na niego w gabinecie, musiał podpisać kilkanaście papierów, wypić na szybko kawę i odbyć krótką rozmowę z jedną z wybitnie upierdliwych dziennikarek, zanim dotarł na miejsce. Kiedy stanął pod uchylonymi drzwiami, nie mógł oprzeć się podsłuchaniu krótkiej wymiany zdań między dziewczynami.
     - Sądzisz, że to dziecko, to dziecko Coulsona? - zapytała Asgardianka, przypatrując się jednemu  z kolorowych zdjęć stojących w ramce na coulsonowym biurku. Sif była niemal pewna, że Agent o imieniu Agent spędzał w pracy całą wieczność, więc widok jakichkolwiek dzieci w ramkach, był dla niej tak zaskakujący, że z podziwem patrzyła na blondwłosą dziewczynkę trzymającą w  dłoniach kolorowego misia.
     - Nie, dziecko wymagałoby uwagi, a cała jego uwaga skupia się przecież na związku z Furym - przez krótką chwilę Sif miała ochotę się roześmiać, ale widząc poważną minę swojej towarzyszki, jedynie przytaknęła w milczeniu, biorąc do rąk kolejną ramkę.
     - Może adoptowali i teraz wychowuje je jakaś miła mieszkanka Midgardu?
     - Zapytaj go o to, kiedy łaskawie już się tu zjawi. Na pewno z chęcią ci odpowie, to taki otwarty
człowiek... – Kate wiedziała, że nie ma najmniejszego powodu, by dłużej powstrzymywała falę ironii, która pragnęła wydostać się na zewnątrz.
     - Z drugiej strony, to dziecko powinno być chyba nieco ciemniejsze... Wiesz, żeby nikt nie miał  wątpliwości. - Kate jedynie pokręciła głową ze śmiechem i usiadła za biurkiem Agenta Coulsona,  kładąc przy okazji swoje nogi, gdzieś brzegu drewnianego biurka. Coulson mógł stać dalej i  wysłuchiwać domniemań na temat swojego życia osobistego, ale była na świecie jedna rzecz, która absolutnie wytrącała go z równowagi i powodowała, że nawet „relacje z życia uczuciowego” przestawały być w jakikolwiek sposób interesujące. Tym czymś był brak jakiegokolwiek szacunku do jego rzeczy, a właśnie tak odbierał buty Kate na idealnie czystym biurku.  Nie chcąc czekać  na dalszy rozwój wypadków, z całej siły nacisnął klamkę, co zaowocowało tym, ze panna Bishop mało nie spadła ze skórzanego fotela.
     - Czy możecie mi wyjaśnić, co wy tu robicie?
     - Podążamy za głosem z Amsterdamu!
     - Barton się z tobą kontaktował? Po co? - Coulson spojrzał z zainteresowaniem na Hawkeye, której
mina wyrażała tylko jedno: skrajny foch na życie.
     - Po to - po krótkiej chwili wahania, Sif wyciągnęła z torebki białą teczkę, w której znajdowały się dokumenty dotyczące Tarczy. Gdyby mogła przewidzieć dalszy rozwój wypadków, prawdopodobnie po prostu by się z tym wstrzymała albo wysłała mała paczkę prosto do gabinetu Coulsona, który w tym momencie w skupieniu przeglądał zawartość papierów.
     - Skąd to masz? - zapytał głosem pełnym podejrzeń. W tym momencie wszystko było podejrzane,
a Asgardianka z Ważnymi Dokumentami przy sobie, najwyraźniej wzbudziła w nim szczególne zainteresowanie... I niepokój.
     - W zasadzie to nie wiem, siedziałyśmy z Kate w kawiarni, obok nas siedziało dwóch facetów, którzy mieli identyczną teczkę co ja, z tym, że w mojej były druki dotyczące reklamacji. No i jak wyszłyśmy, to się okazało, że ja mam tą, a oni chyba mają mój kwit na szpilki - mruknęła pod  nosem, zdając sobie sprawę z tego, jak koszmarnie niewiarygodnie zabrzmiała jej wersja wydarzeń.
     Phil Coulson był tego samego zdania i już po chwili zrobił kilka kroków w jej stronę.
     - Jesteś niezwiązana bezpośrednio z Tarczą ani z żadną organizacją rządową... Powiedz mi, jak
to się dzieje, że zawsze jesteś tam, gdzie dzieje się coś dziwnego? - ton Phila nie był miły ani spokojny. Był wręcz przesączony nerwami, które towarzyszyły mu od samego początku całej akcji z klonami i porwaniami mutantów. Każdy był podejrzany, nawet młoda Asgardianka, która o tej pory sympatyzowała z Tarczą.
     - Chcesz mi powiedzieć, że działam na niekorzyść Mścicieli?!
     - A działasz?
     - Coulson, na Odyna! Jestem po waszej stronie! Jakbym nie była, to nie fatygowałabym się tutaj,
żeby przywieźć ci te papiery, tylko zawiozłabym je do tego, z którym według ciebie współpracuje!
Czy w ogóle słyszysz, co ty mówisz?!
     - A może to doskonała zasłona dymna, co? Ty jesteś tutaj, a ktoś swobodnie ściąga kolejne dane z naszych dysków – Coulson nie chciał mówić tych wszystkich rzeczy, ale słowa samoistnie wypływały z jego ust. W normalnych warunkach, nigdy nie posądziłby Sif o współpracę z jakąkolwiek „ciemną stroną mocy”, ale Fury domagał się winnego całej sytuacji, a Phil nie miał nawet pomysłów na to, kto mógłby nim być.
     - To zwykłe oszczerstwa!
     - Nie zaprzeczyłaś.
     - Ani nie potwierdziłam, to kompletne bzdury. Po tym wszystkim co dla was zrobiłam, masz czelność tak po prostu szukać we mnie winnej?
     - Nie szukam winnej, po prostu ciekawi mnie to, że zawsze jesteś tam gdzie akurat dzieje się coś dziwnego... A teraz, kiedy w mieście szaleje grupa sklonowanych Mścicieli, przywozisz mi do gabinetu tak ważne dokumenty, które nawet nie powinny znaleźć się poza Tarczą, a do tego mówisz, że znalazłaś je w kawiarni...
     - Zarzucasz mi kłamstwo? - Sif była niemal pewna, że gdyby tylko miała przy sobie miecz, Coulson straciłby głowę. Agent chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że zarzucanie wojowniczce z Asgardu kłamstwa, traktowane jest jak śmiertelna zniewaga. Kobieta zrobiła kilka kroków w stronę mężczyzny, który wciąż stał niewzruszony na środku tymczasowego gabinetu.
     - … I w dodatku przewiozłyście te dokumenty zupełnie bez ochrony – ciągnął dalej, zakładając przy okazji ręce na torsie. Sif miała szczerą ochotę przywalić mu w sam środek twarzy i pewnie zrobiłaby to, gdyby Kate nie stanęła między nimi, starając się choć trochę załagodzić sytuację.
     - Właściwie to nie byłyśmy aż tak całkiem bez ochrony. - Coulson powoli przeniósł wzrok z Sif na Kate, dając jej tym samym łaskawe pozwolenie na kontynuowanie wypowiedzi. Co prawda miał wrażenie, że po dodatkowej rewelacji, w stylu tych poprzednich, dostanie zawału serca, ale nie mógł teraz pozwolić im tak po prostu wyjść.
     - Jezu, niech pan tak na mnie nie patrzy, tym razem nie zrobiłam niczego głupiego! Mój ojciec źle interpretuje fakty i opłacił kilku nadgorliwych gości w ciemnym samochodzie, którzy chyba nie mają zbyt ciekawego życia, bo interesuje ich moje.
     - Dostałaś ochronę?! To niedopuszczalne! Współpracujesz z Tarczą, jesteś w projekcie Young Avengers! Bierzesz udział w zbyt wielu rzeczach, które nie mogą ujrzeć światła dziennego! Nie  możesz tak po prostu wozić za sobą jakiś goryli twojego ojca! - Agent Phil Coulson zazwyczaj nie  krzyczał, nawet nie podnosił głosu, bo miał to zaprogramowane w ustawieniach fabrycznych. Teraz jednak wyraźnie czuł jak rośnie mu ciśnienie i jak krew pulsuje w żyłach. Nie dość, że miał na głowie mściwe klony i porwania mutantów, to jeszcze jakiś dwóch gości jeździło za jedną z kadetek Agencji, która zaangażowana była w najważniejsze projekty. Przez krótką chwilę miał ochotę wydać rozkaz natychmiastowego rozstrzelania ojca Kate, jej samej, jeżdżących za nią facetów, Sif, a na końcu samego siebie.
     -Tak, bo miałam w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia. Wiem czym to grozi, dlatego zgubiłyśmy
ich jadąc tutaj. Wcale nie są aż tacy dobrzy - nie bardzo wierzył w to wszystko co przed chwilą usłyszał, więc żeby teatralnie nie upaść na ziemię, jedynie oparł się o swoje biurko i wbił w dziewczynę spojrzenie. Nie było to jednak spojrzenie standardowego ciepłego misia, którym dysponował na co dzień. Było to spojrzenie maksymalnie wkurwionego Phila Coulsona, który za kilka sekund rozwali cały świat.
     - Czy ty widzisz co się dzieje, Kate? Nie mogę się zajmować tym wszystkim... Klony, mutanci.. teraz ochrona twojego ojca, która jeździ za tobą wszędzie. Nie mogę sobie pozwolić na to, żebyś bawiła się w kotka i myszkę z dwoma facetami w czarnym samochodzie, którzy zrobią wszystko, żeby nie stracić cię z oczu. Więc przykro mi, ale  musisz zniknąć, rozumiesz? Musisz wyjechać, pomożesz Clintowi w jego misji w Amsterdamie. To ci dobrze zrobi. Podszkolisz się, on będzie miał świetną pomoc. Wszystkim wyjdzie to na dobre.
     - Nie przyjechałam tutaj żeby prosić o pomoc, nigdzie się nie ruszam, tutaj przydam się bardziej!
    - Nie przyda mi się ktoś, kto od jakiegoś czasu ściąga na siebie same kłopoty – spojrzał dyskretnie w stronę Sif, która wciąż miała ochotę zamordować go wzrokiem, po czym ponownie zwrócił się do Kate. - I ktoś, kto nie potrafi wypełniać rozkazów.
     - Może rozkazy były do niczego, a kłopoty wcale nie okazały się takie znowu poważne?
    - Radziłbym pomyśleć nad sensem tych słów, panno Bishop. Osobiście zawiozę panienkę na lotnisko. - powiedział spokojnie, próbując opanować nerwy.
     Phil Coulson czuł wyraźnie jak grunt osuwa mu się spod nóg, czego kompletnie nie umiał powstrzymać, a co denerwowało go niemiłosiernie.
     - Sif, do jasnej cholery, zrób coś!
    - To nie jej wina, że jej ojciec podjął takie a nie inne decyzje.. Ona naprawdę może się tutaj przecież przydać.
      - Podjąłem już decyzję.
     Cholernie głupią decyzję, jak bardzo pragnęła zaznaczyć teraz Kate. Zamiast tego mruknęła pod nosem kilka zupełnie niezrozumiałych słów, nieprzeznaczonych dla niczyich uszu i ostentacyjnie wyszła z jego gabinetu, nie przejmując się tym, iż zgodnie z resztkami poprawności powinna na nich zaczekać. Ostatnim czego potrzebowali, były teraz wewnętrze nieporozumienia i oskarżanie siebie nawzajem, ale skoro sam Phil Coulson nie mógł najwyraźniej zapanować nad tym trudnym do opisania uczuciem, zwanym zazwyczaj paranoją, prawdopodobnie nikt nie mógłby. Przez krótki moment zastanawiała się czy to nie przypadkiem ostateczny dowód na to, że świat nieuchronnie zmierzał do autodestrukcji. Bardzo spektakularnej autodestrukcji, podczas której wszyscy oni dostaliby miejsca w pierwszym rzędzie. Co nie byłoby znów takim złym rozwiązaniem, gdyby tylko niosło to za sobą jakikolwiek sens. Niszczenie nie miało sensu. Podobnie jak jawne manifestowanie teraz własnej wrogości do każdego, kto miał jakikolwiek związek z Philem Coulsonem i Tarczą.
     Wiedziała oczywiście, że nie poleci do Amsterdamu. Pomijając fakt, że Clint Barton, zaraz po jej przylocie, zrobiłby z niej żywą tarczę, miała tutaj do rozwiązania stanowczo zbyt wiele spraw, z istnienia których ani Phil, ani Sif nie zdawali sobie jeszcze sprawy. Machina ruszyła i nikt z nich nie mógł jej już zatrzymać. Niezależnie od tego, co próbowaliby sobie wmówić. Miała sporo czasu, by przemyśleć niezliczoną ilość alternatywnych sposób na szybkie opuszczenie agencyjnego samochodu czy niepostrzeżone wymknięcie się z lotniska, co nie było znowu aż takie trudne.
     Działo się źle i nie pozostawiało to jakichkolwiek wątpliwości. Ktoś - wszystko wskazywało, że bezkarnie - pozyskiwał najważniejsze dane najbardziej strzeżonej agencji Stanów Zjednoczonych, współpracujący ze sobą ludzie oskarżali się wzajemnie, jeszcze inni znikali bez śladu i najwyraźniej nikt nie miał chwilowo głowy do tego, by uporządkować sprawy związane z prześcigającymi się w wysnuwaniu spiskowych teorii gazet.

     Podróż przebiegała w grobowej atmosferze. Kate ani trochę nie zgadzała się z „doskonałym planem Phila”, Coulson z całych sił starał się ukryć swoje zdenerwowanie, a Sif robiła wszystko, by nie udusić agenta pasem bezpieczeństwa. W takich momentach wszystko jest warte uwagi, nawet mały
ekran telewizora wbudowany w dwa przednie siedzenia agencyjnego samochodu. Sif przez dłuższą chwilę bezwiednie wpatrywała się w jeden z nich, po czym z szeroko otworzyła usta, widząc jak Clint Barton masakruje kilku cywili w jednym ze sklepów jubilerskich. Nie raz widziała Hawkeye'a w akcji i była niemal pewna, że to właśnie on stoi pośrodku pomieszczenia i mierzy w jedna z przemysłowych kamer, która po chwili traci obraz.
     - Kate? Czy ty przypadkiem nie dzwoniłaś dzisiaj do Bartona, który siedział w Amsterdamie? Bo... Chyba właśnie próbuje obrabować sklep jubilerski... - wskazała ręką na wielki telebim na jednym z nowojorskich wieżowców i zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, Coulson już trzymał w ręce niewielki mikrofon od przenośnej radiostacji.
     - Tu Agent Coulson, wyślijcie ludzi na róg Czterdziestej Siódmej, Agent... Klon Bartona próbuje
właśnie obrabować tamtejszego jubilera, ja już tam jad...
     Potężny huk, który rozległ się w połowie wypowiadanego przez niego słowa obudził prawdopodobnie pół miasta, a Coulson poczuł jedynie, jak zupełnie traci panowanie nad kierownicą.
     Niewielki ładunek wybuchowy, który został podłożony pod służbowego, czarnego mercedesa,
miał zostać zdetonowany dokładnie na wysokości jednego z niewielkich banków. Samochód niebezpiecznie podskoczył do góry, po czym opadł z całej siły na bok niecałe trzy metry dalej. Przez krótką chwilę zapanowała całkowita cisza. Żaden z przechodniów nie miał odwagi podejść do zmasakrowanego wraku, rzesza gapiów jedynie przyglądała się jak odłamki szkła powoli opadają na nowojorską ulicę. Niektórzy z nich wyciągnęli telefony komórkowe, inni szeptali o zamachu albo brawurze kierowcy.
     Sif powoli otworzyła oczy, czując jak strużki krwi powoli spływają po jej policzku. Przez kilka sekund,  usiłowała skupić wzrok na swoich dłoniach, w które gdzieniegdzie powbijane były odłamki szkła z bocznej szyby. W tle słyszała syreny pogotowia ratunkowego i krzyki ludzi, którzy najwyraźniej zdecydowali się w końcu im pomóc. Jej wzrok spoczął na niewielkim, robiącym sporo szumu, urządzeniu w bezwładnej dłoni Coulsona
     - Agencie Coulson? Agencie Coulson, słyszysz mnie? Phil, odezwij się.
     Chwilę później straciła przytomność.


.....................................................................................................................................................
odautorsko:
K: Nie, Kate z pewnością nie poleci do Amsterdamu. I chyba niestety przegrałam bitwę z akapitami. Gratuluję każdemu, kto zdołał ją wygrać, naprawdę!
Sif chce się wyspowiadać, że co złego to nie ona, bo chociaż jest zawsze tam gdzie coś się dzieje to nie jej wina, a Phil mówi tylko, że dostanie zawału przez tą całą akcję z mutantami i tyle będzie z Agenta o imieniu Agent.
Nie zabijajcie nas, poważnie. 

Szablon sponsoruje OSCORP. Przy jego tworzeniu nie ucierpial zaden pajeczak.